nowości 2026

Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo

Tomasz Majzel Święty spokój

Karol Samsel Autodafe 9

książki z 2025

Maria Bigoszewska Gwiezdne zwierzęta

Jan Drzeżdżon Rotardania

Anna Frajlich Pył [wiersze zebrane. tom 3]

Tomasz Hrynacz Corto muso

Jarosław Jakubowski Żywołapka

Wojciech Juzyszyn Efemerofit

Bogusław Kierc Nie ma mowy

Andrzej Kopacki Agrygent

Zbigniew Kosiorowski Nawrót

Kazimierz Kyrcz Jr Punk Ogito na grzybach

Artur Daniel Liskowacki Zimno

Grażyna Obrąpalska Poprawki

Jakub Michał Pawłowski Agrestowe sny

Uta Przyboś Coraz

Gustaw Rajmus Królestwa

Rafał Sienkiewicz Smutny bóg

Karol Samsel Autodafe 8

Karol Samsel Cairo Declaration

Andrzej Wojciechowski Nędza do całowania

PLANETA, Historia wierszy 14

2017-06-17 15:30

Bunt po czterdzieste wydaje się rzeczą abstrakcyjną. A jednak na moim poddaszu miałam taką potrzebę. Mój bunt wybuchł przybierając różne formy. A to na bosaka w zimie szłam do sklepu. A to zakładałam na głowę koronę i szłam na miasto. A to mówiłam ludziom wprost co o nich myślę. A to rozbijałam szyby w drzwiach. A to rzucałam zgniłymi owocami w balkony sąsiadów. Bunt z poddasza łagodziły gwiazdy. Nocą otwierałam okno a gwiazdy wydawały się że są na wyciągnięcie ręki. Orion, Kasjopeja, wielki Wóz. Ukochane gwiazdozbiory miałam w zasięgu dłoni. I drzewa po drugiej stronie rzeki wyglądały jak rodzina carska, która przyszła mnie odwiedzić. Było to podczas burzy, błysk pioruna rozświetlił niebo i wtedy ich zobaczyłam w drzewach. Zobaczyłam małego Aleksego Romanowa jak wyciąga do mnie ręce. Dziwność świata stała się dla mnie normalnością. Poddasze oznaczało oderwanie od ziemi. Czułam się jakbym była między ziemią a niebem, w jakimś dziwnym miejscu do którego przychodzą wszelkie osobliwości tego świata. Otaczały mnie kolorowe meble jakbym była w domku dla lalki. To też wywoływało we mnie bunt. Ale najbardziej buntowałam się przeciw sytuacji w jakiej się znalazłam. Bycie na krańcu miasta, którego nie znosiłam i z sąsiadami, którzy nie znosili mnie było jakąś totalną porażką. Jak dziś pamiętam wielką kartkę przybitą do moich drzwi na których widniało, że sąsiedzi nie życzą sobie żebym słuchała muzyki. Ale ja nie wyobrażałam sobie życia bez muzyki. Bunt narastał. To na tym poddaszu usłyszałam, że muszę brać psychotropy do końca życia. Nie mogłam się z tym pogodzić. Walczyłam by wyrwać się chemii. By wyrwać się z tego potrzasku. By zapomnieć, że muszę poddać się i zacząć brać farmakologiczne gówno. W tych różnych formach buntu nagle przyszedł mi do głowy pomysł na wiersz. Napisał go za pierwszym podejściem. Nie wiem skąd czerpałam słowa do tego wiersza. Nie miało to nic z natchnienia, ani z inspiracji. Odczułam, że chcę coś napisać. Słowa pojawiły się same. Nic nie zakładałam. Do nikogo się nie zwracałam. Wiersz „Modlitwa niewiernego” z tomiku „Hologramy” (2015) był pisany na jednym geście. Każdy wers jest jak pchnięcie. Każdy wers jest jak wyskandowane nie, nie zgadzam się. To mantra, którą chciałam zagłuszyć wszystko co wtedy stawało mi na mojej drodze. Tak się wtedy czułam. I tak opisałam swoją sytuację. Wiersz zaprezentowałam na facebooku i od razu spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem. Potem często prezentowałam go na wieczorach poetyckich. Był poniekąd moim credo.

© Ewa Sonnenberg