Dobijając do ósmej dychy, pomyślałem sobie o możliwości innego rytmu sekwencji czasowych i mógłbym mówić o piątej szesnastce. Szesnastoletniemu, wydawało mi się, że jestem w najpiękniejszej, najciekawszej fazie życia. Niewiele z tamtego czasu pamiętam, ale potrafię odczuć ówczesny smak bycia tym takim, jakim byłem. Niekoniecznie szczęśliwym.
Całkiem nieźle malowałem. Gdzieś podziewają się tamte obrazy (i utrwalone w nich olśnienia). I chociaż wtedy zaczął się wykształcać mój „instynkt poetycki”, żadna z późniejszych „szesnastek” nie „przyznawała się” do pierwszej. (A może jej widmo stale szydzi ze mnie?)
© Bogusław Kierc