Mam poczucie, że dziennik powraca do mnie — już po raz trzeci — właściwie tak, jak schillerowski pierścień Polikratesa. Przygotowując się na audycję o „Panu Tadeuszu” na liście lektur do szkół podstawowych dla radiowej Dwójki, dostrzegam, że cieszy mnie już samo przyrastanie wiedzy, coś, co mógłbym, jak myślę, nazwać na podobieństwo „data science”, bowiem pojmowałbym to podobnie — samo „knowledge science” — tu zaś jeszcze chciałbym podkreślić jedno — „knowledge science” jest czymś bezinteresownym również pod względem myślowym, ideowym i konceptualnym, na tym właśnie polega jego esencjonalna przewaga (jednym słowem, nie jest „philosophy of scienc”e ani „theory of science”, tak jak „data science” bezwzględnie nie może być „ani philosophy of data” ani „theory of data”), dlatego data science i knowledge science kojarzą mi się z postawą, którą mógłbym określić zdaniem: „mów całą prawdę, jeśli chcesz zachowywać całą tajemnicę”, czy raczej „mów całą prawdę, tak aby zachowywać całą tajemnicę”. W Dwójce o „Panu Tadeuszu” i kanonie lektur rozmawiam z Grzegorzem Leszczyńskim. „Jeszcze nigdy nie było w polskiej literaturze utworu aż tak — zawzięcie strojonego”. Słowa Józefa Bachórza o poemacie Mickiewicza chciałbym kiedyś usłyszeć w odniesieniu do „Praktyk”. To mój „Pan Praktyk”, dotknięcie kresu logosfery, jak powiedziałby Czesław Miłosz, gdyby był Rutkowskim i chciał się odnieść w zastępstwie Mickiewicza — właśnie do mnie i do mojej twórczości: świat jest tajemnicą i utwór musi również od początku do końca — wierny światu — tajemnicą pozostawać, wołanie o prostotę zdaje się w tej sytuacji wołaniem barbarzyńców, wołaniem przeciwko prawdzie tajemnicy, pozbawionym szacunku do nieskończonych tajemnic prawdy — wołanie o prostotę to kult nieskończonych oczywistości kłamstwa... Społeczeństwo to również tajemnica, również w literaturze, to policentryczna, wielopiersiowa sieć okalająca pojedyncze serce: otóż, droga wiodąca od serca do oka jest drogą, którą pokonujemy codziennie setki razy, linia — tak nieromantyczna — serce-oko, od uczucia do intelektu i z powrotem, pozostające najgłębszą istotą naszych praktyk. Konrad z „Dziadów” to szkiełko i oko, a Starzec z „Romantyczności” to ksiądz Piotr, naszym zadaniem jest żyć w tym nieustającym, symfonicznym onanizmie — wszystkiego tego, co naraz przemawia do nas racjonalnie i uczuciowo, co więcej jeszcze: odbrzmiewa wspólnym echem. Oglądam nad ranem „Elsę Wilczycę”, jednak rozluźniam się, dopiero, przy klasycznej pornografii. Ruszam dziś z Łukaszem do Wilanowa — elegancko ubrani zrobimy wspólnie parę zdjęć, swoje umieszczę w przesyłce do Pawła — propozycje zdjęcia na okładkę „Autodafe 9”. Teksty literackie trzeba umieć głęboko „komprymować”, nie tylko samymi przeciwstawnymi jakościami, przede wszystkim chodzi o „skomprymowanie” dużego obszaru, który mógłby stać się wielojakościowy, „jakościami sąsiedzkimi” — to także postmodernizm.
W Wilanowie myśl o schyłkowości medium literatury powraca (te fragmenty mojej wypowiedzi zostały oczywiście wycięte z wypowiedzi radiowych dla Dwójki, co dało dużo przestrzeni tradycjonalistycznemu i niepesymistycznemu podejściu do recepcji — Grzegorza Leszczyńskiego): literatura przeminie jak łowy i będzie się kojarzyć wręcz z jakimś może krwawym szowinizmem lat przedpostępowych: będzie uważana za anachroniczną rozrywkę mężczyzn XX wieku tak samo, jak łowy na zwierza pozostawały anachroniczną rozrywką mężczyzn XIX wieku. Na co komu alchemia? Czy nie jest równie nienaturalna jak postać Augusta II w stroju polskim? Na co komu powieść alchemiczna taka, jak „Prima”? A jednak alchemia właśnie stoi u początku wyrobów czerwono- i czarnokamionkowych, a także — odpowiada za narodziny twardej porcelany: alchemik więc to prawdziwy ojciec Eksekiasa, oznacza to, że bez alchemicznego pragnienia formy w literaturze nie byłoby całego dzieła porcelanowego, czerwonofigurowego i czarnofigurowego (kiedyś więc ktoś napisze lepsze czarnofigurowe, czerwonofigurowe i twardoporcelanowe wersje „Primy”, pisanie „Primy” zaś będzie możliwe po wazie — umożliwione okaże się tworzenie wyrażalności wielokątnej po obłym medium: będą możliwe powieści wazowe, a nie to, co oferuje współczesne literackie Lascaux...).
Dlaczego jestem wrogiem nadziei? Dlatego, że relacja między wiarą a nadzieją jest relacją przypominającą miłosny kanibalizm, a to relacja między wiarą a zwątpieniem oraz nadzieją a rozpaczą winna w tych skalach zaistniewać i przypominać kanibalizm miłosny. Dobry ekumenizm to także kanibalizm miłosny, jedyny liczący się synkretyzm to również synkretyzm kanibalistyczny. Każdy doskonały dialog bierze swój początek z kanibalizmu czystego i oczyszczającego — kiedy potrzeba — dialogowania: Levinas jest filozofem dosyć przekonująco wyznaczającym głębokie źródła tego kanibalizmu. Relacja zatem między romantyzmem a klasycyzmem to także relacja kanibalistyczna — relacja między Wilanowem jako przedmiotem i Wilanowem we mnie to również kanibalizm nieuspokojonej niczym autoekumeny. Muszę przywyknąć do tego, że żyję na szczytach, na których nie ma tlenu, a skoro nie ma tlenu, nie ma także dofinansowań — pieniądze nie docierają tak wysoko... Nie znajdują się tutaj serwisy społecznościowe, kluby czytelnicze, towarzystwa literackie ani siedziby czy filie banków. To pustynia. Oglądam w Wilanowie modlitewnik Marii Stuart... Wystawę o skrzyżowaniu dynastii Sobieskich i Stuartów otwiera w Pałacu ozdoba, która przypomina postmodernistyczny wieniec inspirowany dożynkowym, z którego wychodzą pawie dożynkowe pióra... Właściwie ubieganie się o pieniądze z Instytutu Książki nieco przypomina próby skrzyżowania się z dynastią Stuartów, nie pochodzę z Sobieskich, ani nie piszę żadnych sobieskich gatunków literackich, więc nie mam szans — „amebleument”, które musiałoby jednak pozostać na poziomie artystycznego kolekcjonerstwa. Żyjemy w czasach, kiedy w przepisach jest więcej sympatii niż w ludziach, w przepisach jest więcej famii, „las meninas”, niż w ludziach. Modlitewnik Marii Stuart jest zrobiony z welinu transparentnego, dokładnie takiego samego, z jakiego zrobiłem Primę.
Ołtarzyk Jakuba Sobieskiego i Marii Karoliny z 1734 roku ze sceną chrztu Chrystusa przypomina mi moje własne ołtarzyki, które stawiałem na jednym z regałów — pokoju w Ostrołęce, w dzieciństwie: były tam kwiaty, Chrystus Frasobliwy, Maryja Gietrzwałdzka — byłem z tego dumny i traktowałem ten ołtarzyk w latach dziewięćdziesiątych w kategoriach dzieła. The Sobieski Hours, The Samsel Hours, Godzinki Sobieskiego, Godzinki Samsela, może czas zadbać o makulaturę introligatorską, złotą makulaturę, którą zajmuje się teraz w najnowszym studium Paweł (Stępień). Mimo wszystko wyobrażam sobie nowy tytuł filmu Stephena Daldry’ego: „The Hours / Godzink”. A może „Autodafe 1-9” jest w pierwszym rzędzie poematem kolekcjonerskim i po latach tak będzie traktowane, jak wilanowskie kolekcje — Potockich, kolekcjonerstwo — Potockich? Przyglądam się rozecie na środku dywanu z Sali Białej: dokładnie w tym punkcie drogi twórczej jestem, jestem w fazie rozety — w czystej — fazie rozety, nie mogę tego zaprzepaścić... Instytut Książki postrzega literaturę jako biurko damskie, nic dziwnego, że trudno mu wyobrazić sobie coś tak, szczerze mówiąc, przecież nienadzwyczajnego, co najwyżej coś pozapospolitego jak biurko męskie, jakim jest „Prima”. Inaczej, ale wciąż w języku wilanowskim, ktoś, kto wychował się na lace europejskiej, nie rozumie, co może zaproponować w sferze wyrazu laka orientalna: jednak ktoś, kto dziś inspiruje się „Autodafe 1-9” jest właśnie producentem podobnej laki — laka orientalna była zdejmowana z azjatyckich wyrobów i nakładana na meble o europejskich kształtach. Wiele szkół i instytucji sztuki przejęło moje azjatyckie powierzchnie: ale — jak pracuje azjatycka powierzchnia na nieswoim kształcie? Jak to wpływa na pojęcie poezji jako doświadczenia Lacoue-Labarthe’a? Wyobraźmy sobie, że ktoś z waz Eksekiasa zdejmuje cały jego styl czarnofigurowy i przenosi na powierzchnie australijskie — takimi Australijczykami dzisiaj, właśnie, jesteśmy (nawet nazywając to postmodernizmem)... Ktoś powie „Wczoraj byłaś zła”, ktoś zaś stwierdzi, że to nie książka, ale misa dekorowana laką. To jednak bardzo sarmackie: podkradanie, ta „sarmacka intertekstualność”, za którą nie idzie już żadne podstawowe usprawiedliwienie w postaci intersemiotyczności: nasza literatura przypomina pokój chiński Stanisława Kostki Potockiego: by się uwolnić od tej nałogowej predylekcji, usiłowałem ją zwielokrotnić do absurdu, przede wszystkim w „Primie”, rozpędzić tę intertekstualność aż do kosmicznych prędkości. Regeneracja ma przecież wciąż oznaczać regenerację, „de re”, a nie „cyfrową rekonstrukcję ubytków masy perłowej”.
© Karol Samsel