nowości 2026

Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo

Maria Jentys-Borelowska Moja Eliza

Konrad Liskowacki Pomurnik

Tomasz Majzel Święty spokój

Piotr Michałowski Sztuka zaniku

Anna Maria Mickiewicz Po Sokratesie. Wiersze nie tylko filozoficzne

Gustaw Rajmus Angst

Karol Samsel Autodafe 9

Krzysztof Wacławiec W Pasie Oriona

książki z 2025

Maria Bigoszewska Gwiezdne zwierzęta

Jan Drzeżdżon Rotardania

Anna Frajlich Pył [wiersze zebrane. tom 3]

Tomasz Hrynacz Corto muso

Jarosław Jakubowski Żywołapka

Wojciech Juzyszyn Efemerofit

Bogusław Kierc Nie ma mowy

Andrzej Kopacki Agrygent

Zbigniew Kosiorowski Nawrót

Kazimierz Kyrcz Jr Punk Ogito na grzybach

Artur Daniel Liskowacki Zimno

Grażyna Obrąpalska Poprawki

Jakub Michał Pawłowski Agrestowe sny

Uta Przyboś Coraz

Gustaw Rajmus Królestwa

Rafał Sienkiewicz Smutny bóg

Karol Samsel Autodafe 8

Karol Samsel Cairo Declaration

Andrzej Wojciechowski Nędza do całowania

NOTES [PRAKTYKI] — lipiec 2026 [4]

2026-09-23 11:27

Po co kłamać, skoro prawda o nas jest tak porywająca? Po co kłamać o ciele? Po co popadać w modyzm lub w nudyzm, w manieryzm lub w ekshibicjonizm? Ciało mi służy i uzasadnia mnie. Służy i uzasadnia, a nie kompromituje czy zawstydza. Moda jest skutkiem grzechu pierworodnego. Uzasadniają mnie moje włosy pod pachami i włosy na łonie, pot, sperma — jestem owłosionym i przeciekającym naczyniem, w którym tkwi piękno nie do pomyślenia, jestem owłosioną i przeciekającą ikoną, mówi o mnie już od wieków nie tylko każda teologia ekstatyczna, ale i — apofatyczna — i antyteologia. Wysiadając na Dworcu Wileńskim, na skrzyżowaniu Targowej i Alei Solidarności uświadamiam sobie, że podnieca mnie ruch. Najzupełniej dowolny ruch, dla przykładu — ruch autobusów jest tak piękny jak penis, może jeszcze piękniejszy i jeszcze bardziej podniecający. Wdzięczność we własnej — najwyższej, już epifanicznej formie — jest piękna jak penis, to uczucie, że podnieca cię sam świat, w tym zresztą rzecz, że nie powietrze omiata cię jak kochanek, ale jednak sam bergsonowski ruch omiata cię jak kochanek, „kochanek lady Chatterley” — tzw. substancja czysta staje się kochankiem lady Chatterley. Minerały z kału, muszle z kału. Radykalni niematerialiści, antymaterialiści, abnegaci i asceci akceptujący swe ciało w odróżnieniu od materialistów obawiających się wszelkiej rdzenności objawów... Czegokolwiek byśmy nie zrobili — my, ludzie intelektu, i tak — jesteśmy wydani na igrzyska głupców. Jan Bończa-Szabłowski zaprasza mnie na piątkowe nagranie do studia na sobotni „Wieczór Literacki” poświęcony „Cairo Declaration”, równocześnie pojawia się zapowiedź trzeciego w tym roku numeru „Toposu” z recenzją „Cairo” Adriana Sinkowskiego: tom zatem ma duże szczęście powrócić w lipcu w życzliwej pamięci niektórych. Życie jest nieopisywalne i ma w sobie ogromną ironię szkatułkowości, na miejscu potencjalnych twórców sag trzymałbym się od niego z dala, to zaściankowość uważać, że zdołają napisać nowe „Noce i dnie”. Broń Boże, niczego z życia nie reprodukować. Imitacja egzystencji w literaturze to dobre dla idiotów. Literatura, by przetrwać, musi trzymać się od życia i jego zabójczej niewyrażalności — jak najdalej, jak najczęściej...

Oczekując na psychoterapię, po porannych badaniach medycyny pracy postanawiam odwiedzić Muzeum Literatury, oglądam trzy wystawy: fenomenalny „Parnas Warszawy” — przereklamowane nieco „Jestem zwierzęciem politycznym. Jerzy Giedroyć i »Kultura«” i przyjemny dodatek w postaci ekstrasalki w ramach Roku Gojawiczyńskiej na Mazowszu — zatytułowany — „Po sąsiedzku z Polą Gojawiczyńską”. Miłosz pisze tutaj wiele o zranionej dumie Giedroycia, która skutkowała paraliżem — może nie interpersonalnym, ale, dajmy, „fraternizacyjnym” — Giedroyć nie dawał się nikomu „sfraternizować”, zatem również — „przekabacić”. Najłatwiej taki pancerz nazwać pancerzem zranionej dumy — polityka, ale i państwowość wynikająca ze zranionej dumy jest, co by o niej Miłosz nie mówił — może i najgłębszym dziełem ludzkiej myśli na Ziemi? Dużo głębszym w każdym razie niż jego — apokatastaza. Czy mam podejrzewać, że kieruje mną zraniona duma homoseksualności, właśnie taka z ducha Giedroycia, a może i jego seksualności (wszak istnieją światopoglądy seksualne)? Możliwe, że w o wiele większym stopniu steruje mną ten demon Giedroycia i nieprzebłagania Giedroycia — niż seksualne niespełnienie?

Współczesny wizjoner musi toczyć walkę z poprawnością polityczną, przy chwili nieuwagi ona może go zmiażdżyć — nie mogę tak, jak Herzog w „Aguire, gniewie Bożym” wyrzucić ludzi w dół rzeki na spadzie, muszę postępować jak geometra, czego Herzog nie czynił z pewnością w roku 1971. Czy wiecie Państwo, że jedynym nieszesnastowiecznym przedmiotem na planie „Aguire, gniewu Bożego” była kamera? Współczesny Herzog musi rozumieć więcej — i politykę, i poprawność polityczną, i geopolitykę, i geopoprawność w całkowicie poważnym tego słowa znaczeniu... A czy wiadomo, że Herzog — reżyserował Kinskiego z pistoletem w ręku? Co stałoby się dzisiaj, gdybym moderował panele albo — prowadził konferencje z pistoletem lub z pistoletami w ręku? Niemcy przemilczeli „Aguirę”, dopiero dzięki jednej kopii odkrytej przez francuskich krytyków filmowych „Aguire” — to właściwe słowo — „wybuchła”. To dla mnie źródło nadziei: oglądam z przyjemnością, jak Herzog hipnotyzuje chłopów na planie i myślę o literaturze...

Nie potrzebuję żyć długo. Pracowałem wystarczająco ciężko, by być przygotowanym na komfort przedwczesnej śmierci. Nie potrzebuję pić ani uprawiać seksu. Podnieca mnie czysty ruch, sport wydaje mi się już obcowaniem świętych... Nie potrzebuję prawa jazdy — jestem piechurem i w roli piechura się wypełniam i dopełniam. Uprawiałbym seks tylko z mężczyzną pierwotnym, seks z mężczyzną współczesnym już mnie nie interesuje. Czemu mężczyzn wszystkich profilów i zawodów — pisarzy, prostytutki, polityków, prezydentów, księży, szaleńców, papieży, morderców, pedagogów, lekarzy, akademików, narkomanów, przestępców, krytyków, teoretyków oraz komparatystów — zastąpiły lalki mechaniczne? Co stałoby się złego, jeżeliby w 2029 roku rektorem któregoś z uniwersytetów został — Klaus Kinski? W pisaniu literatury trzeba umieć się hamować? W tym rzecz... W świadomym konstruowaniu procesu talent do jego przyspieszania jest bezużyteczny, dopiero talent do hamowania okazuje się zasadniczy i dystynktywny. Na co talent do przyspieszania, skoro pracujemy i tak najszybciej, jak potrafimy? Może jestem polskim Klausem Kinskim i nie potrafię się kontrolować tak samo, jak on — chodzi w końcu o zdolność do kontrolowania gniewu, tę, którą stopniowo Kinski tracił — od „Aguiry” aż do „Cobra Verde”? Może jestem na poziomie „Fitzcarraldo” dzisiaj, ale za pięć-dziesięć lat — moja samoświadomość i zdolność samokontroli nie będą już takie same? „Autodafe 1-9” przecież pisze ktoś w rodzaju Klausa Kinskiego, polskiego Kinskiego.

To, że wymawiamy się za przyzwoleniem Olgi Tokarczuk od konieczności pisania powieści totalnej, świadczy tylko o nas i o naszej słabości i niemocy. Wiemy nie od dziś, że Olga Tokarczuk pochwala ludzi dostosowanej i pokornej wyobraźni, sławi także chętnie to, co oni sławią. Mi tymczasem chodzi o to, byśmy świadomie zaczęli stylizować świat poprzez — literaturę. Im bardziej upieramy się przy ostrej granicy pomiędzy życiem a literaturą, tym bardziej padamy ofiarą demagogii metafor krytycznych, kulturowych, politycznych oraz społecznych, religijnych i w końcu naukowych. Tak, nauka niestety od lat czuje się tylko beneficjentem własnego języka naukowego, nie jego ofiarą. Mi chodzi o odpowiedzialną stylizację — nauki, religii, polityki, języków doświadczeń, subdoświadczeń, paraprzeżyć i metadoświadczeń. Ale jak mam zacząć prowadzić przedmiot „Stylistyka metanauki”, jeśli Tokarczuk ogłasza prawa do secesji wyobraźni pojemnej z literatury. Trzeba umieć dobrze „stylizować” wiarę i naukę, choć najczęściej zostaniemy oskarżeni przez ludzi dostosowanych — o herezję i wróżbiarstwo. Ludzie poprawni do piór, ludzie tacy jak Kinski — do szpitali, tego chciałaby Tokarczuk. Z drugiej strony — trzeba umieć dziękować społeczeństwu, że umie zadbać o nasze szaleństwo, nie tylko je stygmatyzować — bez kraju, państwa, polityki, jaka przecież nie byłaby, ruszylibyśmy gdzieś na pewną śmierć wysoko w górach z dala od tej obrzydliwej kolonii, którą opluwamy. Kultura jednak jest bezcenną pępowiną, którą tak uwielbiamy szarpać, nadgryzać i wyrywać, ale która nas nie porzuca pod jednym jedynie warunkiem — byle nie słała na stos, wszak pamiętamy, że w epoce Savonaroli pępowinę tę oblewano materiałem łatwopalnym i podpalano, czyż nie?

© Karol Samsel