Opaleni i wymalowani, ale jedynie piąte przez dziesiąte tkwiący w literaturze, może dziesiąte przez piąte tkwiący w tkwieniu, które nie tylko dla samooszukiwania, bo przede wszystkim dla samoposzukiwania — lubią określać życiem. Tacy jesteśmy, czytam właśnie „Szatańskie tango”, ale widzę, że jest podobnie opalone i wymalowane, to znaczy tkwiące w tkwieniu, które można nazwać poetyką, miarą poetycką. László Krasznahorkai odbiera mi energię, którą — najczęściej — odnajduję w formach nie wprost — każdy wymiar stylu tutaj odbieram jako akt przestylizowania, jakbym reagował na estetykę i poetykę alergią, jakby właśnie styl literacki wywoływał we mnie agresywną odpowiedź autoimmunologiczną, tj. właśnie taką, którą można nazwać antyliteracką. Idzie o to, by ukazywać cały odsłonięty kręgosłup powieści i poematu, dlatego potrzebuję trzynastu części „Autodafe”. To fizjologia ogromu, fizjologia katedry. Śniło mi się ciało Marii, Marii Małkowskiej, tj. starszej siostry mojej matki, leżące pośladkami do góry na fotelu ze szwami puszczającymi od strony jej lewego boku, spod których wylewał się czarny żel, zapytałem ojca, czemu mimo czasu upływającego od śmierci tkwi z nami z widocznymi znakami porzucenia, „Musi minąć 6 miesięcy koniecznego oczekiwania na zwolniony grób”, mówi. Myślę o literaturze i nauce uprawianej przez literaturoznawców, nauce „wypełnionej śrutą literacką”, „poetycką”, jak zapewne uważają — ci właściciele prawdziwych drogerii gatunków i rodzajów, z których — pisarze wolnej literatury nie chcą nigdy korzystać. Wracam do „Szatańskiego tanga” z wprost niesamowitym odczuciem całej szkolności tego powrotu, czytam Krasznahorkaiego i czuję, jakbym czytał Jana Brzechwę, „Akademię Pana Kleksa” — lekturę z jakimś porządkującym dopiskiem: „dla uczniów czwartej klasy szkół podstawowych”. Tak właśnie się czuję, przepełnia mnie szacunek, jak wtedy, gdy czytałem Brzechwę, bo tak nakazywał mi mój nauczyciel, ale w domu i tak doczytywałem „Zbrodnię i karę”. To samo czuję z „Sátántangó”. Dzisiaj to mój Brzechwa, do którego wypełnia mnie szacunek — toteż właściwie wszyscy powinniśmy liczyć przynajmniej na to, szacunek czytelnika. Powinniśmy być traktowani z szacunkiem. Oglądam „Kobietę publiczną” Żuławskiego tak, jakbym czytał „Dzieje grzechu” Żeromskiego. Dziś dojdę do 190 stron korekty „Primy”, jutro do 200-u... Pojutrze nad ranem odeślę ten materiał. W literaturze szukam szaleńców i skoro jestem — u szczytu poczucia własnej wartości — mogę stać się łaskawym mecenatem szaleńców — co, oczywiście, także oznacza bycie „krwawym” prześladowcą — osób przeciętnych. Swoją drogą, wspomniany szczyt poczucia własnej wartości, przypadający w określonym momencie życia, dosyć wyraźnie odbija od tego, co nazywamy chorobliwą manią wielkości: nie mówimy o chorobliwości szczytu. Gdybyśmy mówili o czymkolwiek podobnym, uważali szczyty za chorobliwe w ogóle, prawdopodobnie nie rozumieliśmy niczego. Szczyt siebie jest szczytem siebie — obsesja siebie to obsesja siebie. Co innego, perspektywa złośliwych i zazdrosnych odbiorców, odpowiadających znaczeniu sztuki, jak stringi w sarkofagu. Już wiem, jak to określić: Krasznahorkai jest dla mnie pouczający — jak Brzechwa. Nie inspirujący... Tak właśnie pouczająca jest dla mnie baśń, ale w żadnym wypadku nie misterium, powiedzenie właściwie o pouczającym misterium uważałbym za zdradę siebie. Obrazy misterium może pouczają, ale robią to tak, jak poucza o czymś — czego, umówmy się od razu, w ogóle nie rozumiem — czerwona papryka, albo papryka chili, w sarkofagu. Nie ma czegoś takiego, jak pouczanie w literaturze. Pouczanie to paznokcie wyrastające w dziąsłach zamiast zębów. Niekiedy myślę o sobie, że jestem mumią: pisarz owinięty jest bandażami, które sam tak produkuje, jak i zapisuje. Współcześni pisarze, tacy jak Eliza Kącka, mają na sobie więcej amuletów niż bandaży. Ktoś powie — producenci Księgi, ale to mit, jesteśmy wytwórcami własnych bandaży, których społeczeństwo nijak nie obchodzą — i jak to mumie, stajemy się ważni dla czytających w Polsce „Egipcjan”, literackich krytyków egipskiego pochodzenia, dopiero wtedy, kiedy można nasze obandażowane pismem ciało otoczyć — odpowiednim — kultem. Najczęściej — społeczno-politycznym.
Żuławski w „Kobiecie publicznej” naprowadza mnie na problematykę bojaźni Bożej, pojętą jako problematyka bojaźni kolonialnej — dochodzę do wniosku, że współczesny, nieśmiały oraz lękowy styl kształtowania erudycji — wynika z teokolonializmu schematów doświadczenia. Zastanawiam się nad stosunkiem do Dostojewskiego Wajdy i Żuławskiego, „Kobietą publiczną” z 1984 roku i „Nastazją” z 1994 roku. Jak osiągnąć dobrą i mądrą jedność klarowności i nieruchomości Wajdy oraz teatru „wypadających”, „wyskakujących” znaczeń Żuławskiego? Ile Dostojewskiego jest w „Praktykach”, bo że są Dostojewskim wypełnione, rozumiem, trudno, aby nie były. Coraz więcej uwagi wymaga ode mnie usuwanie pustej retoryczności „Primy”: gdzieniegdzie widzę subtelnie znaczącą warstwę retoryczną, a gdzie indziej pustkę, czy raczej warstwowanie zamiast warstwy: rzec można, bandaże skrajnego subiektywizmu. Wścieklizna to — jak się zdaje — szalenie ważna metafora. Można by rzec: dionizyjskie szaleństwo to wścieklizna, jurodstwo to wścieklizna, epifanie to wścieklizna, transy i uniesienia — podobnie. Właściwie tak jest, nawiedzenia i opętania trzeba uznać za wściekliznę, która ogarnia ludzi tak, jak tamta ogarnia zwierzęta. Rozumieć, że literatura właśnie z wścieklizny się rodzi. A kiedy się już zrozumie, to trzeba otwarcie pisać o czymś takim, jak — wścieklizna „Biesów” i wścieklizna „Idioty”. Psychiatria? To walka ze skutkami wścieklizny przy pomocy narzędzi świadomości. Natura jest wścieklizną o sennym i spokojnym obliczu. Nie ma nic głupszego niż osłabiać kulturę, uważając, że nie potrzeba nam jej silnej, wszakże — natura — jest rajem na Ziemi. Kultura, intelektualizm, inteligencja i erudycja są potrzebne w ich wręcz najsilniejszych ujęciach, by sprostać wiszącemu na szyi człowieka sznurowi natury. Cóż, że sznur podobnego rodzaju widzimy jako sztuczny raj, którym chcemy się narkotyzować — świadczy jedynie o nas i świadczy nie najlepiej... Chcę bawić się tym sznurem do końca życia przy pomocy kultury oraz umysłu. Zwierzę, które kocham, musi wiedzieć, że „posiadam narzędzia”, za których pomocą jestem w stanie — w każdej chwili — mu się przeciwstawić. To ja jestem panem... A wścieklizna całej mistyki to temat na dramat. „Cairo Declaration” to może również poemat wypełniony od góry do dołu literacką wścieklizną, a, jak wiemy dobrze, zwierząt wściekłych się nie nagradza. Nie znam nawet jednej nagrody literackiej, która zostałaby przyznana właśnie autorowi choremu na wściekliznę...
Myślę, że gdyby „Prima”, zaś wcześniej gdyby „Niemożliwość Piety”, były kobietami, dręczyłbym obie te powieści w poszukiwaniu w nich głębokich źródeł perfekcji, które — należałoby wyrywać razem z korzeniami — tak samo, jak Żuławski dręczył swoje aktorki... Dobrze, że moją „materia prima” jest martwe pismo, w przeciwnym razie byłbym tyranem, przykładowo jako reżyser. Brud przepoconego poematu, brud przepoconej narracji — brud przepoconego misterium, przepoconego dramatu romantycznego: „Autodafe 10” powinienem zacząć dokładnym obrazem brudu przepoconego poematu, podkreślając, że z takim brudem walczył Hamlet, z którym z kolei walczył Fortynbras, Fortynbras pocił się nadmiernie oraz pisał poematy, „da capo al fine”. W związku z tym, że termin przygotowania recenzji „Maga” Anthony’ego Graftona już się skraca, czytam książkę dłużej, szybciej oraz uważniej — Faust miał za największych swoich wrogów humanistów renesansowych, ja za takich — uważam humanistów liberalnych, właściwie posthumanistów. Bracciolini pisze — „Kopista, który przepisywał tę książkę, był największym ignorantem na świecie: musiałem wróżyć jej treść zamiast zwyczajnie czytać”. Współcześni redaktorzy — są renesansowymi kopistami. Trzeba przewodniczyć im mądrze, jak sanhedrynowi. Podstawy teorii interpretacji tkwią tu — we „wróżeniu” kopisty renesansowego, współczesny kres interpretacjonizmu to gest odmowy udziału w procesie wróżbiczym i odejście do form zastępczych, m.in. racjonalizacja tego wróżbictwa, taka jak naiwne „animal studies”, „plant studies”, „gender studies”. A ja chciałbym „studies of studies”, nawet „the study of studies” — żeby to jednak uprawiać, trzeba wrócić do nieoczywistych renesansowych źródeł hermeneutyki, również hermeneutyki podejrzliwości. Grafton pisze też o przechwałkach Fausta, że jest w stanie powrócić istnienie zaginionym dziełom, aby odegrały raz jeszcze swoją rolę na Ziemi, wymienia Plauta oraz Terencjusza. Mówi o historiach Grecji, Rzymu, Niemiec rekonstruowanych z pamięci po pożarach przez magów, właśnie... Uzmysławiam sobie, że także o tym jest neofaustyczna, wszystko na to wskazuje, „Prima”.
© Karol Samsel