W cieniu słońca i katalońskiego modernizmu dyskutujemy na temat utrzymywania wiedzy przy uniwersytecie w dobie AI oraz tego utrzymywania kosztach, które mogą kosztować uniwersytet całą jego romantyczną, więc humboldtowską, de facto, naturę: i to jedno, ale jest jeszcze drugie: nikt inny nie jest w stanie (jeżeli w ogóle ktokolwiek jest) przeprowadzić ludzi przez progi całej syntetycznej wiedzy, cały transcendentalizm wiedzy nowego typu, transcendentalizm więc syntetyzmu, czy z syntetyzmu — ale naukowcy. Czy to wojna światów — ludzi nauki z ludźmi programów — naukowców z programistami? Tutaj — jedna... może najistotniejsza... uwaga. Wynalezienie AI nie tyle przypomina cokolwiek nieprawdopodobnego, więc — wynalezienie jakiegoś koła niemożliwego, ale z pewnością — nasuwać może na myśl wynalezienie metafory, również metafory naukowej. Przypominam więc: tak, jak AI może ulec degeneracji, metafora naukowa może ulec chimeryzacji — i tak samo, jak potrzeba nam seminariów z krytyki degeneratywnego AI, potrzeba nam także — seminariów z krytyki schimeryzowanej metafory naukowej — nazwałbym ją — wręcz — „zdepoetyzowaną”, mówiąc o chimeryzacji metafory naukowej, nie mam bowiem nawet bodajże w najmniejszym stopniu na myśli wyraźnych metafor nieanalitycznych — do nich, raczej, nic nie mam i nic nie mogę mieć — chodzi mi o jaskrawe metafory naukowe, a także metanaukowe, pleniące się, a mimo wszystko postrzegane jako niewidoczne lub w ogóle niepostrzegane.
Metanauka, krótko mówiąc, nie może polegać na tym, że posługując się — niemal całkowicie — językiem zmetaforyzowanym, będziemy krzyczeć, ażeby zakazywać metaforyzmu: to bowiem błędne koło, błędne metakoło, błędne koło metametaforyzmu... Rozmawiam z Pavlosem Dimitrakosem o genetyczności naszych korzeni, mówię mu tu o swojej kurpiowskości, a on mi — o manijskości, wywodzi się bowiem z greckich Manich, peloponeskich oraz lakońskich, z nich wzięła się mania... Myślę o manijskości Kurpiów: zastanawiam się, rozmawiając z nim w barcelońskim AC Victoria Hotel, czy nie jesteśmy „Mani Polaków” w większym nawet stopniu niż lud Podkarpacia? Na Linkedinie znajduję zdjęcie Pavlosa, pracuje pośród brukselskich akademików, jednak związany jest także z kentowskim paradygmatem nauki i Uniwersytetem w Kent. Mówi mi o sobie oraz swoim bracie, Petrosie — to on miał być bezpośrednim spadkobiercą (nazwijmy to może) religii rodzinnych, w tym szczególnie kultywowanej wśród Manich — rodzinnej „religii zemsty”, oglądam profil Petrosa na Linkedinie — pracuje w Instytucie Edukacji Technologicznej w Pireusie, czy odziedziczył po Dimitrakosach mściwość i wykorzystuje ją po freudowsku głęboko w tworzeniu technologicznych struktur sprawiedliwości, ale także i — płynności sprawiedliwości w Grecji? Pavlos wydaje mi się zapatrzony w Petrosa, zaś jego belgijska współpraca z EDAMBĄ przypomina symboliczne przedłużenie „na Europę” autogreckiej tradycji Manich: wiem, o czym mówię, skoro przedłużam „na Europę” autopolską — bądź samopolską tradycję Kurpiów — nie ma zresztą ludu bardziej zorientowanego na polskość — przy równoczesnym sprzeciwie wobec polaczkowości niż Kurp. Pavlos nie jest greczkowy, podobnie jak Pavlos nie ma nic wspólnego z greczkowością, ja nie mam nic wspólnego z polaczkowością, z deminutywami i hipokorystykami, w rodzaju „troszeczkę”, „odrobinkę”, „mleczka”, „kiełbaski”, „jajeczka”. Czułem to właściwie już od wyjścia z samolotu — w Warszawie przed północą 10 stycznia, kiedy tylko usłyszałem ten polski obraz świata — w języku, zatęskniłem za mową, której nie rozumiałem, hiszpańskim, który zdawał mi się — i mistyczny, i jednoczący, właśnie dlatego, że wszystkie nieczyste operacje na języku — były zupełnie przede mną ukryte — z racji braku jakiejkolwiek akwizycji — miałem tylko czysty językowy obraz świata, który modelowałem, tak jak sobie życzyłem, wchodząc do jednej, drugiej, trzeciej parafii w drodze do Esade, gdzie odbywało się konsorcjum, przyjmowałem język w dawkach, które sam sobie ustalałem — w formie czystej, transcendentalnej, a także autotranscendentalnej, lub metatranscendentalnej, więc: „Cristiandad” (Chrześcijaństwo), „Lucas. El evangelista de los invisibles” (może ja także mógłbym się określić jako twórca „ewangelistą niewidzialnych”), „Modalitats de columbari” (w drodze do Esade odwiedzam kolumbarium Świętej Marii na Montserracie).
W tym wszystkim więc nie byłem zagrożony chimerami, poza chimerami własnego umysłu, uzmysłowiłem sobie, innymi słowy, że jestem miłośnikiem ciszy w języku, a być może nawet kimś więcej niż tylko admiratorem, ale mistrzem ciszy w języku, i tym się różnię, zresztą, od zwykłych mnichów, czym oni różnią się ode mnie, gdy przychodzi do porównywania ciszy w świecie z ciszą w języku. Jestem od tej drugiej, będę od tej drugiej, jednocześnie nie zawsze byłem od tej drugiej: musiałem zrozumieć swoje niezrozumienie: może więc „Prima” to moja „carta dominical”, taka „carta”, której nie można i nie należy zrozumieć, bo na tej samej zasadzie diecezja nie rozumie archidiecezji — „Prima” więc jako archiliteratura, której nie rozumie literatura, „arxidiocesana-arxiliteraria” bez szans — na wszystkie diecezjalne konkursy, „diócesis literaria”?
© Karol Samsel