Kiedy układałeś mnie na wodzie,
palce marszczyły się jak liście, których nie zdążyliśmy
przycisnąć kartkami. Dlaczego
przez tyle dni nie spadła żadna kropla, nie wydrążyła
miejsca na błyszczącej szybie drzwi?
Śmiejesz się i miękną mi łokcie, chłonę zapach
czeremchy, jakbym wierzyła, że odzyskam pamięć
ciała. Gdybym wierzyła w grzech, straciłabym oddech?
Ufność dłoni, jeżeli linia życia przeciągnie linię śmierci
przez kciuk, warstwy paznokci. Splątani,
wysychamy od pierwszego krzyku.
Przez całe życie liczymy, ile razy ktoś zamknął nam usta
pocałunkiem, rozluźnił nasze pięści.
© Małgorzata Południak