copyright © https://www.facebook.com/maslowskimarcinn 2025
Trudno zwięźle napisać, czym jest „Made in Roland” by Andrzej Ballo. Czy to dziennik listami pisany, dramat wtłaczający nas, czytelników, w teatralne siedziska i każący przypatrywać się zmaganiom autora z dzieciństwem, ojcem i bratem? Międzypokoleniowy dialog tylko dla żartu lub formy ujęty nietypowo, dosadnie i pospiesznie, jakby liczyła się każda godzina i każdy kwadrans?
Nie znajdziemy tu linearnie ujętej fabuły. W listach bowiem można pisać o przeszłości niedawnej ale i wspominać, wracać do zamkniętych pomieszczeń, do drzwi których klucze głęboko ukryte zostały w naszej pamięci. Można także pisać o wszystkim — albowiem papier przyjmie każde nasze słowo i zdanie. Ale szkopuł tkwi w tym, by nie rozpływać się w dywagacjach, być skupionym na temacie — kartki papieru wprowadzają jednak jakieś ograniczenia przestrzenne. Dlatego właśnie niektóre z owych „listów”, będących w rzeczywistości monologami czy to narratora, który zupełnie otwarcie ujawnia swoją autorską tożsamość, są skupione na jednym temacie, inne zaś stają się przypowieściami i anegdotami, zamieniają swoją formę w dialog a nawet opowiadanie. Stają się opowieścią o życiu wchodzącego w chłopięcy a później dorosły świat mężczyzny i jego relacji z ojcem, historii, do której niekiedy „wtrąca” się brat.
Ale pod dynamiczną w brzmieniu warstwą widoczną na pierwszy rzut oka kryją się ciekawe i niejednoznaczne poziomy płaszczyzn (i to niezależnie czy dana opowieść jest przeszłością ojca czy też syna). Począwszy od wątków związanych z niewesołym dzieciństwem (sierociniec i porzucenie), po szydercze podejście do rzeczywistości, które „kłóci się” z głęboką miłością do kobiety na koniec. Dorosłość jest symbolizowana wykonywanymi przez listownych „przeciwników” zawodami — architekta i pisarza (oraz muzyka), a stąd już niedaleko do myśli wzniosłych i rozmów o tym, czym jest sztuka, co łączy ją z człowiekiem i co człowiek jest gotów dla niej uczynić („Architektura obecnie jest ciekawsza niż człowiek. Powinno być odwrotnie albo chociaż równorzędnie” — takich bon-motów znajdziecie więcej).
Rozwinięciem tego wątku (i będącą jednocześnie środkiem całości) jest rozpisana w formie teatralnego dramatu sztuka — „takie średniowieczne, gotyckie i trochę łotrzykowskie” coś. A jest to sztuka o sztuce, bo jej bohaterami są między innymi pianista, malarz czy literat, którym świat (nie chcę zdradzać zbyt wiele) zabiera atrybuty ich artystycznej pracy. Pandemiczna karykatura i komedia w jednym, która — i mamy kolejną warstwę — doskonale odnosi się do współczesności i kondycji człowieka-twórcy w zderzeniu z wrogim i obojętnym na artyzm drugim człowiekiem. Ballo stawia także pytanie o to, co definiuje artystę? Czy malarz bez pędzla nadal jest malarzem, a muzyk bez instrumentu muzykiem? Zaskakujące i błyskotliwe intermezzo.
Prowadzona w tak pozornie zawiłej formie, lecz w dogłębnie przemyślanym labiryncie znaczeń opowieść nadaje całości zaskakującej lekkości. I nie wynika to z długości poszczególnych tekstów, lecz dynamiki wyrażającej się poprzez nieustanne przerzucanie się listami, głosami sprzeciwu, kontrargumentami, gwałtownym i niekiedy niecenzuralnym reagowaniem wyrażającym niezgodę na opinię rozmówcy. W ten sposób spontaniczność i jakaś prędkość słów płynnie wiąże się tu z filozoficzną dysputą i choć takie zestawienie wygląda co najmniej frapująco, paradoksalnie sprawdza się („Nie cierpię rzeczownika »wiara« i czasownika »wierzyć«; wyrządziły przez stulecia mnóstwo krzywdy i będą wyrządzać nadal. (...) Wolę czasownik »wątpić«, »wiedzieć«, »obserwować«, »doświadczać«”).
Co więcej Ballo dzieli się refleksjami bliskimi — jak sądzę — większości z nas. Być może wynika to z tematów, jakie obrał sobie za cel (Bóg i wiara, człowieczeństwo i egzystencja jednostki, droga, jaką obiera się, by przejść przez życie, zdolność dokonywania mądrych wyborów itp.), a może najzwyczajniej pisze o tym, co drzemie w ludzkich sercach, a co nie zawsze — niestety — ma możność swobodnego ujścia na zewnątrz. Odważnie stwierdza, że Bóg nie jest mu potrzebny, aby być przyzwoitym facetem i dzieli się obserwacją, że to ci, którzy twierdzą, że człowiek jest z natury istotą dobrą, uciekają przed nim i chowają się w ukryciu „na wszelki wypadek”, by nie kusić losu.
Lektura „Made in Roland” wywołuje uśmiech (nieco kąśliwy, sarkastyczny; niewinna z pozoru zamiana litery „R” na „P” stawia przed nami nowe wyzwania), ale także impuls, by wziąć się w przysłowiową kupę, być szczerym wobec siebie, a przede wszystkim rozmawiać i wymieniać się poglądami. Rozmowa bowiem nie tylko kształtuje naszą wiedzę o świecie ale i upewnia nas w poczuciu stąpania po stabilnym gruncie. Ułatwia w odrzuceniu tego, co jest błyszczącym cekinem, podróbką i tandetą ukrytą pod pozorem znaczeń i naprędce wymyślonych metafor. Jest zbieraniem doświadczeń, z którymi śmiało możemy iść przez krętą drogę życie (czy ostatnie słowo nie było naprędce wymyśloną metaforą?).
Polecam!
Marcin Masłowski
Andrzej Ballo Made in Roland — http://www.wforma.eu/made-in-roland.html