copyright © https://www.facebook.com/maslowskimarcinn 2025
Czytelnicza seria „Piętnastka” jest jak głaskanie opuszkami palców chropowatej ściany — drażni nerwy, pobudza i zadziwia, a jednocześnie jest czymś, co znamy z własnych doświadczeń sięgających lat dzieciństwa, rodzajem powrotu do wspomnień — maleńkich jak ziarenka piasku, jak i tych większych, związanych z wydarzeniami nierzadko epokowymi, które kształtowały nie tylko nas ale i całe pokolenia. Henryk Waniek trzecią częścią „Notatnika i modlitewnika drogowego” zabiera w taką właśnie niejednolitą podróż — od ziemskich drobinek aż po gęste, przewalające się chmury zasłaniające słońce. To zapis zmagań i przyjemności życia codziennego ujętych w czasowe ramy przeszłości i teraźniejszości. Nie jest to jednak memuar ckliwy ani patetyczny — autor nawiązuje do dni minionych z perspektywy nowych doświadczeń, dzięki czemu nabiera oddechu, a jego proza lekkości. To opowieści błahe i powszednie, ale że zostały przecedzone przez subtelne sito, stały się w jakimś sensie niezwykłe (przy czym przez tę niezwykłość rozumiem wydarzenia, które przytrafiają się poetom, pisarzom, twórcom i artystom w ogólności) i dlatego warte są odnotowania. Waniek przyprósza je prochem nostalgii, przykrywa obłokiem ironii, żartuje i pointuje, siebie często ukazując w pozycji człowieka, który musi mierzyć się z bezosobową i bezduszną materią codzienności.
„Notatnik” jest diariuszem wspominkowym, zapiskiem obrazów i tekstów, na które natknął się autor w trakcie wielu podróży. To dziesiątki napotkanych twarzy i rozmów, które odbył, także o rzeczach przyziemnych, ale przecież nie da się w skrupulatnym opisywaniu codzienności uciec od spostrzeżeń na temat polskiego społeczeństwa i dokonywanych przez nie wyborów. Jako że książka jest diariuszem, nie można spodziewać się dogłębnej analizy i rozważań wszystkich „za” i „przeciw”. To często krótkie, błyskotliwe autorskie komentarze, a zatem w pełni osobiste, niekiedy złośliwe i kąśliwe, ale forma „Notatnika”, a zatem podkładu, na którym szybko zapisuje się urywki myśli, doskonale nadaje się na taką właśnie formę oswajania się z niekiedy niewygodną rzeczywistością. Prócz jednak tak „przyziemnych” spraw Henryk Waniek sporo miejsca poświęca Śląskowi, ale przede wszystkim pisze o kulturze i człowieku z kulturą złączonym. Są tu więc targi książki, spotkania autorskie i towarzyskie, które nam, maluczkim, mogą śnić się jedynie lub jawić jako modlitwa do Najwyższego, by przynajmniej dał złapać za nogi kogoś zaiste „wielkiego”. To obrazki z muzeów, wypełnione sale w domach kultury, samotność w hotelach, biblioteki i pociągowe przedziały. I jakby na drugim końcu bieguna są zmagania Wańka z ZUS-em, migawki reprodukcji obrazów autora na pocztówkach z Ultrechtu czy obawy przed nadciągającą jak tsunami falą jednej tylko opcji politycznej. A w tle, jak to w życiu bywa, płynie historia — odchodzi Stanisław Lem, Tadeusz Mazowiecki, Małgorzata Braunek, Tadeusz Różewicz, Marek Grechuta i Jerzy Ficowski. Przez „Notatnik” „przewijają się” postaci Marii Poprzęckiej, Jarosława Eysymonta, Małgorzaty Szejnert, Mariusza Szczygła, a także Sebald, Kutz, Twardoch, Houellebecq, Olga Tokarczuk i Beksiński (lecz, niestety, już tylko jako wspomnienie). Autor pozwala sobie na krótkie sformułowanie ocen — w przypadku „Austerlitz” „nie całkiem godzi się z podziwem”, który towarzyszy książce, „Morfina” dla Wańka była trochę za gruba („z jej połowy dałoby się zrobić bardziej udaną powieść”), po przeczytaniu „Platformy” nie bardzo rozumiał „ten zachwyt”, zaś „Cząstki elementarne” przeczytał również „bez żadnej korzyści”.
Prócz tych zwykle-niezwyczajnych opisów Henryk Waniek wypełnia „Notatnik” hasłami-niespodziankami, myślami złotymi i zdecydowanie takimi, które ryte być powinny na ścianach instytucji wszelakich. Do moich ulubionych należy zdecydowanie to o oku opatrzności, które „ze swojego trójkąta patrzy z niejakim roztargnieniem na bieżący stan rzeczy. Gdyby ich było dwoje, dostałoby zeza” albo słowne zbitki, bon moty i cudeńka („wielki minimalista” albo „Bicie rekordu Guinnessa w dziedzinie trzeźwości”).
Trzecią warstwą jest powieść w odcinkach. To sięgająca końca XVIII wieku historia rodziny von Eichenwaldów, która przenosi nas do zamku Toscha (lub Tosza, jak kto woli) wraz z rotmistrzem, kuframi, woźnicą i pieskami. Z czasem na pierwszy plan wysuwa się postać dziewięciolatka, najmłodszego z rodu, który doświadcza kilku znamiennych przygód w podzamkowej wsi, a w osobie prostego Joska stara się zyskać towarzysza zabaw. Autor serwuje nam opis polowania i umiejętności strzeleckich barona Wolfganga, uwzględniając w bitewnym szale równie istotne dla całości fabuły przedstawienie krwawych psich porachunków. Wreszcie przechodzi do zjawy przyjmującej postać wassermana (straszliwszego od licznych innych wassermanów w okolicy),czym po raz kolejny zadziwia nas, skromnych czytelników jego książki w książce.
Czwartym rodzajem zapisków, to autorskie sny — wypełnione melancholijną abstrakcją i pogonią za resztkami dziennych przeżyć. To tutaj roztacza się przed nami pole do wysupływania z nich znaczeń i metafor, komentarzy do wydarzeń z rzeczywistości, „prawdziwej” interpretacji faktów, przerobionych przez twórczy, zagoniony umysł — autor zdaje się je lekceważyć, spisuje je niejako z obowiązku, lecz czy na pewno tak właśnie jest?
Całość, jak widać wielowątkowa i wielobarwna, staje się ciekawym doświadczeniem czytelniczym. Wyprawą zdecydowanie wyróżniającą się spośród innych podobnych rodzajowo do „Notatnika” książek-dzienników. Polecam uwadze i zainteresowaniu.
Marcin Masłowski
Henryk Waniek Notatnik i modlitewnik drogowy III — http://www.wforma.eu/notatnik-i-modlitewnik-drogowy-iii.html