copyright © https://sztukater.pl 2025
Poezja Anny Frajlich, zebrana w tomie trzecim, zatytułowanym „Pył”, jest niezwykła w swojej zwyczajności, zaś „pył” stanowi najtrafniejsze określenie ulotności zapisywanych chwil, które rozwiałyby się bez śladu, gdyby uważna dłoń nie utrwaliła ich dla nas. Kalendarium czasu minionego, ostatniego dwunastolecia, dłuższe i całkiem drobne jego wyimki, także te ostatnie, rozproszone jeszcze i roztrzepotane, nie zdążyły się uleżeć, pachną świeżością. Każdy z nich tak ważny w aspekcie, gdy:
„Powoli codziennie
odchodzi ode mnie
moje „ja”
bez bólu bez szału
odchodzi pomału
w świetle dnia...”
Gdyby tak, jak autorka, potrafić zatrzymać chwile w locie lub z nimi pożeglować, przeżyć jeszcze raz, wspomnieć. Stałe motywy, codzienne doświadczanie życia, niektóre nam wspólne, jak zachwyt pejzażem, słabość ciała, woń zgniłych kartofli, inne znane tylko nielicznym, powiedzieć „wybranym” byłoby brzydką ironią, jak choćby dźwięczna melancholia emigracji, niechciana, nieupragniona tęsknota tych wyrzuconych, od jakiegoś czasu już „nie naszych”, wygnańców ‘68. Przyszło im nagle „uderzać o szklany sufit języka”, a to boli, podobnie jak serce pozostawione na dworcu w miejscowości X, od tej chwili obcej.
Anna Frajlich bierze pod lupę swoją tożsamość, grzebie w starych fotografiach, ślady prowadzą coraz dalej, w przeszłość rodziców, dziadków, na brzegi innych rzek... ile było tych dworców, pożegnań, odtrąceń, ucieczek, gdy wybór pozostawał jeden — przed siebie, z głową dumnie uniesioną w górę,
„(...) drogą i dróżką
we mgle zabłądzimy
i nasza pamięć
jak wyblakła mapa
to po niej palcem na ślepo wodzimy”
Pochylenie się nad lekturą Miłosza, Celana, refleksje, momenty uwagi i intelektualne kuksańce, to co nowe, lub stare, ale na nowo odkryte... Może w tym jest też kawałeczek nas samych, w cudzych wierszach widzimy się czasem lepiej niż we własnych.
I o powtarzalności historii jeszcze, która niczego nas nie uczy, puka do zamkniętych drzwi — na próżno, nikt nie otworzy. Wciąż więc giną jakieś dzieci ze słowem „mama” na ustach, dzieci małe i te już dorosłe, lecz także przecież czyjeś, a słowo „mama” uniwersalne, przekracza horyzont i głucho odbija się od pustki.
Wiersze Anny Frajlich odzwierciedlają często to, czego sami nie potrafimy zgrabnie ubrać w słowa. Zachwyt nad wolnością chmur, lekko podmalowany zazdrością. Proste zdziwienie ciągłością świata, który, dotknięty wędrownym wirusem, zatrzymał się na czas jakiś, by jednak zaraz ruszyć dalej, siłą rozpędu i mocą przyzwyczajenia, które znaczą życie, my zaś zdumiewamy się, że:
„(...) świat się wali a oni budują
nowy dom”
Wiele wierszy to bliższe lub dalsze podróże, te w przestrzeni, ale również w czasie, gdy ten biegnie nazbyt szybko, umyka uwadze, a przede wszystkim pamięci. Szuka się więc powiązań, kontekstów. Jednak Nowy Jork szumi w innym rytmie, inne tam rosną drzewa, domy mówią własnym językiem, a okna spoglądają zbyt obojętnie, by chcieć im odpowiedzieć.
Czemu tak często przychodzi się żegnać, zawsze w asyście wielkiego smutku, zaś nowe krajobrazy, znajomości, nie dają radości na tyle, by zbilansować straty. Czemu na koncie duszy zawsze manko?
Są jeszcze sny. Jak to sny, kryją treści podświadomie bolesne i marzenia z gruntu nieziszczalnych. To kraina odrębna, o rozmytych granicach. Gdy je przekraczasz nie zawsze o tym wiesz, i później w odrętwiałym pomieszaniu, jak ten Kopciuszek, oddzielasz starannie ziarno od ziarna, nad każdym zadumana: prześnione czy do świata tego należące?
Poetyckie frazy, przenośnie i akcenty są tutaj przemyślane, położone dokładnie tam, gdzie być powinny, by dać nam szansę na nie natrafić, gdyż wówczas nabiorą nowego znaczenia i mocy, już nie jednostkowej, nie izolowanej. Miejsca i sytuacje kojarzyć będziemy indywidualnie, jednak świadomość wspólnoty doświadczeń, wprawiająca w lekkie wibracje struny empatii, jest naszą zdobyczą wyniesioną z lektury.
To wersy nie wydumane, nie zaburzone zbytnią ornamentyką, ale w swej dostępności klasycznie eleganckie, wpasowujące się w każde wnętrze i odbijające jego fale, rezonując długo i mocno. Teksty do wielokrotnego czytania w skupieniu, w zawieszeniu myśli miedzy wtedy i teraz, tu i tam, by swobodnie mogły podróżować i zbierać ślady wrażeń, które później zagospodarujemy po swojemu. Wzbogacimy o własną historię.
6/6
Doris
Anna Frajlich, Pył [wiersze zebrane. tom 3] — http://www.wforma.eu/pyl-(wiersze-zebrane-tom-3).html