copyright © https://sztukater.pl 2025
Są książki, które czyta się dla fabuły. Dla bohatera. Dla zakończenia, które sklei wszystkie sensy w jedną gładką taflę. „Rzeźnik z Niebuszewa” nie oferuje żadnej z tych rzeczy. To nie jest opowieść o seryjnym mordercy z legendy. Nie jest też typowym true crime. I tu wielu czytelników wpadło w pułapkę oczekiwań. Ja z pewnością. Kto liczył na krwawy reportaż o Józefie Cyppku, dostaje zamiast tego autoesej, wyrzut sumienia i język, który pozostawia wiele do życzenia.
A szkoda, bo mogło być to naprawdę coś sensacyjnego.
Ale nie zrażajmy się. Nie jest to to, czego chcieliśmy, lecz możemy otrzymać w zamian coś równie interesującego. Czy zatem tytuł w całości pozostaje nietrafiony? Przekonajmy się.
Błahy nie ukrywa intencji. On nie opowiada o jednym mordercy. Pisze o rzeźniku w każdym człowieku. O tym, że potwór nie zawsze jest fetyszystą mięsa. Czasem to szary facet z tramwaju, profesor z wydziału, sąsiad z klatki. Czasem autor samej książki, który rozpruwa literaturę jak tuszę, wybiera z niej tłuszcz i nerwy i rzuca je czytelnikowi na stół, mówiąc: „żryj albo odwróć wzrok”. Brutalnie? Możliwe. Klimat książki wszedł dość mocno do głowy.
Język jest tu solą w oku. Wulgarny, szorstki, momentami odpychający, jakby pisarz celowo wkładał palce w ranę, żeby zobaczyć, kto pierwszy się cofnie. Momentami przechodziła mnie myśl, że autor testuje cierpliwość czytelnika. Wiecie, o czym mówię? Jakby chciał wyselekcjonować swój tekst tylko dla wybranych. Błahy nie chce czytelnika miłego. On chce świadka, który nie ucieknie, gdy przychodzi moment prawdziwego wglądu.
Nie jest to książka równa. Fabuła nie toczy się równo przez całe wydanie. Są fragmenty brilliant, surowe, literacko piękne w swojej dezynwolturze. Są też miejsca, gdzie filozofia przestaje być tropem, a zaczyna brzmieć jak wyznanie pisane o trzeciej nad ranem. Tu wychodzi największa wada tomu — chaos. Rozchwianie. Brak konstrukcji jak z klasycznej prozy. Ale w tym chaosie jest metoda. Na niektórych właśnie taka forma zapisu zadziała.
Najmocniejszy punkt? Nie legendarny Zippeck. Paradoksalnie jest go tu najmniej (wciąż ubolewam). Na pierwszy plan wysuwa się refleksja, że każde miasto ma rzeźnika, tylko czasem siedzi w nas samych. To spojrzenie w brzydki sens człowieczeństwa. Bez katharsis. Bez instrukcji obsługi. Nie czyta się tego dla przyjemności, lecz dla doświadczenia.
I tu pojawia się pytanie o to, co w nas samych jest takim rzeźnikiem. Czy to jakaś wada? A może słabość? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć już sam. Autor tylko ukierunkowuje nasz tok myślenia, ale nie podaje na tacy wyjaśnienia.
Książka ma nietypowy format, ponieważ należy do serii „kwadrat”. Składa się z opowiadań, nawet takich z podziałem na akty, jak i wierszy. Znajdziemy w niej również kilka grafik, które idealnie odwzorowują treść książki.
Czy zatem z czystym sumieniem mogłabym ją polecić?
No cóż.. zależy komu. Jak już wspomniałam, książka nie trafi do każdego. Z pewnością dotrze do osób, których interesuje nie tylko sama treść, ale i autor. Dlatego nie skreślam tej pozycji całkowicie. Jeśli szukasz fabuły — będziesz wściekły. Jeśli kochasz czysty styl — skrzywisz się. Jeśli boisz się prawdy o człowieku — zamkniesz ją po 5 stronach. Ale jeśli chcesz poczuć coś więcej — to właśnie ona na ciebie czeka. Tylko nie licz, że wyjdziesz czysty.
Niegrzeczne literki
Jarosław Błahy Rzeźnik z Niebuszewa — http://www.wforma.eu/rzeznik-z-niebuszewa.html