Nie przyznawaliśmy się do siebie, do sytuacji, w których każda rzecz zmieniała się w miarę ilości wypitej wody. Dlatego zajęłam się wycinaniem zarośniętego ogrodu. Paddy wrócił, lecz nie pamiętał jak otworzył bramę, później opadł miękko i znowu ulotnił się w poduszki, w objęcia. Przywykłam do poranków, spojrzeń z pozornie utraconą zdolnością skupienia. Do postaci o skórze w kolorze kawy. Skurczone mrozem próbowały oskrobać rdzę. Wołały jak mam iść stąd, dotrzeć dotąd. Biegłam, a one schodziły się i ukrywały w zaroślach. Opowiadały swoje historie, drżały im ręce. Wtedy zatoka pokryła się bezludnymi wydmami.
© Małgorzata Południak