Karol Samsel Autodafe 8
Karol Samsel Autodafe 8
Anna Andrusyszyn Pytania do artystów malarzy
Edward Balcerzan Domysły
Henryk Bereza Epistoły 2
Roman Ciepliński Nogami do góry
Janusz Drzewucki Chwile pewności. Teksty o prozie 3
Anna Frajlich Odrastamy od drzewa
Adrian Gleń I
Guillevic Mieszkańcy światła
Gabriel Leonard Kamiński Wrocławska Abrakadabra
Wojciech Ligęza Drugi nurt. O poetach polskiej dwudziestowiecznej emigracji
Zdzisław Lipiński Krople
Krzysztof Maciejewski Dwadzieścia jeden
Tomasz Majzel Części
Joanna Matlachowska-Pala W chmurach światła
Piotr Michałowski Urbs ex nihilo. Raport z porzuconego miasta
Anna Maria Mickiewicz Listy z Londynu
Karol Samsel Autodafe 7
Henryk Waniek Notatnik i modlitewnik drogowy III
Marek Warchoł Bezdzień
Andrzej Wojciechowski Zdychota. Wiersze wybrane
Zanurzyli się w przesmyk między kikutami niewysokich drzew, a kiedy kwadrans później minęli szeroki pas gęstwiny, dotarli wreszcie do dzikiego sadu, gdzie zazwyczaj robili dłuższą przerwę, wracając z pola. Chłopiec cisnął swoje worki w kępę traw i podbiegł do najbliższej gruszy. Zatrzymał się, uważnie oglądając rozłożyste gałęzie i przywiędłą trawę wokół pnia. Ruszył do następnego drzewa. I tak po kolei zbadał wszystkie grusze oraz obszukał cały teren sadu.
– To niemożliwe! – krzyknął na koniec.
– Co takiego się stało? – zapytał mężczyzna, który zdążył już przysiąść na kamieniu.
Chłopak wrócił.
– Nic!
– Co znaczy, nic?
– Gruszek ani na lekarstwo. Ktoś musiał nas uprzedzić.
– Ale kto?
– Skąd ja mam to wiedzieć? Pewnie jakiś złodziej.
– Przecież tylko my tędy chodzimy. Żaden z kopaczy nie zapuściłby nigdy się tak daleko. Myślą, że czyhają tutaj na nich rozbójnicy albo Lunacy. Za bardzo się boją. Askarysi? Przecież oni brzydzą się jeść owoce. Poza tym, nawet gdyby chcieli, to i tak nie byliby w stanie oddalić się na taką odległość od Cukrowni. Bo stale chodzą na elektronicznej smyczy.
– Pobiegnę z powrotem i pozbieram trochę tych, co widzieliśmy je przedtem.
– W żadnym wypadku. Kawałek dalej są jabłka. Smakują równie dobrze. I też mają tłuste robaki.
– Ale ja chcę gruszek. Dla Kary. Białe larwy są o wiele smaczniejsze od żółtych.
– Chłopcze, co się z tobą dzisiaj dzieje? Naprawdę masz zamiar zrobić takie wielkie głupstwo? Jeszcze nas wszystkich niepotrzebnie narazisz na niebezpieczeństwo.
– Będę uważał. Umiem się dobrze czołgać. Mówiłeś mi, że w czołganiu jestem lepszy nawet od ciebie.
– A teraz ci mówię, i to po raz ostatni, że to zbyt niebezpieczne. Jak cię ktoś zobaczy, będzie po tobie. Przecież wiesz o tym.
Chłopak spoglądał przez chwilę nieruchomo na mężczyznę. Następnie zakręcił się na pięcie i pobiegł zarośniętą ścieżką z powrotem do drogi.
– Justus! – krzyknął Kalong. – Nie rób tego! Zostań tutaj! Zostań przy mnie!
Chłopak nawet się nie odwrócił.
To nie był jego syn.
A Ziemia nie była już jego planetą.
Mężczyzna siedział ze spuszczoną głową na kamieniu i czekał. Czuł się stary i mocno zmęczony.
►oficjalna strona internetowa autora