Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo
Maria Jentys-Borelowska Moja Eliza
Konrad Liskowacki Pomurnik
Tomasz Majzel Święty spokój
Anna Maria Mickiewicz Po Sokratesie. Wiersze nie tylko filozoficzne
Gustaw Rajmus Angst
Karol Samsel Autodafe 9
Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo
Maria Jentys-Borelowska Moja Eliza
Konrad Liskowacki Pomurnik
Tomasz Majzel Święty spokój
Anna Maria Mickiewicz Po Sokratesie. Wiersze nie tylko filozoficzne
Gustaw Rajmus Angst
Karol Samsel Autodafe 9
Maria Bigoszewska Gwiezdne zwierzęta
Jan Drzeżdżon Rotardania
Anna Frajlich Pył [wiersze zebrane. tom 3]
Tomasz Hrynacz Corto muso
Jarosław Jakubowski Żywołapka
Wojciech Juzyszyn Efemerofit
Bogusław Kierc Nie ma mowy
Andrzej Kopacki Agrygent
Zbigniew Kosiorowski Nawrót
Kazimierz Kyrcz Jr Punk Ogito na grzybach
Artur Daniel Liskowacki Zimno
Grażyna Obrąpalska Poprawki
Jakub Michał Pawłowski Agrestowe sny
Uta Przyboś Coraz
Gustaw Rajmus Królestwa
Rafał Sienkiewicz Smutny bóg
Karol Samsel Autodafe 8
Karol Samsel Cairo Declaration
Andrzej Wojciechowski Nędza do całowania
Po prawie pięciu latach pracy – skończyłem kolejny tomik…
Tak jak ORWO napisało się właściwie samo – dzień po dniu w ekspresowym tempie, w amoku jakimś twórczym, bez chwili wytchnienia, tak ten, po którym postawiłem kilkanaście dni temu ostatnią kropkę, powstawał w bólach, masochistycznie przyjemnych, prawie pięć lat…
To chyba tak już być musi – dla jakiejś kosmicznej równowagi.
Kiedy zamknąłem notes z decyzją, że to już koniec – wyszedłem na spacer. Nawet nie dostrzegłem, że to już po drugiej w nocy i że grupki rozbawionych młodzieńców odpalają, gdzie popadnie, fajerwerki, choć to wrzesień, i śpiewają pieśni wszelakiego pokroju. Nieważne…
Ale wyjść musiałem, by wywietrzało to jakoś ze mnie.
Nie wywietrzało – bo ciągle nie umiem zasiąść do kolejnych wierszy. No, ale po ORWO odpoczywałem kilka miesięcy, nim powstał pierwszy wiersz (Vertical), który ostatecznie ma stać się ostatnim w obecnym tomiku. Czyżby w zgodzie z biblijną zasadą, że ostatni będą pierwszymi?
Po tym tomiku odpoczywał więc będę też pewnie długo.
Bohaterów swojego tomiku umieściłem w małym prowincjonalnym miasteczku i uwięziłem ich w trójkącie (Bermudzkim?): dom – kościół – knajpa. Miotają się od wierzchołka do wierzchołka. Może trąca to nieco o sadyzm z mojej strony, ale czuję do nich (i czułem podczas pisania) wielką sympatię i szacunek. Mimo ich gorzkiego dość postrzegania świata.
Sam pochodzę z malutkiego miasta i doskonale wiem, na czym polega połączenie dulszczyzny (obłudy i życia na pokaz, z ciągłą obawą, co powiedzą ludzie) z Dulcyneą (nieuchwytnym marzeniem, pragnieniem spełnienia swoich pragnień) – wiem, na czym polega tytułowa (tegoż wpisu i tomiku) dulszczynea…
Vertical
w moim mieście ludzie
chodzą pionowo
rzadko patrzą sobie
w oczy
służby miejskie robią z tym co
mogą
ale mogą
niewiele więc
mają wolne
słońce wschodzi z właściwej
strony
w sumie więc jest
znośnie biuro podróży
spełnia marzenia w wersji all inclusive
siadam na ławce w parku i czytam
książkę najnowszy tomik znajomego poety bo
ktoś musi go czytać
idzie jesień
© Zbigniew Wojciechowicz