Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo
Tomasz Majzel Święty spokój
Karol Samsel Autodafe 9
Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo
Tomasz Majzel Święty spokój
Karol Samsel Autodafe 9
Maria Bigoszewska Gwiezdne zwierzęta
Jan Drzeżdżon Rotardania
Anna Frajlich Pył [wiersze zebrane. tom 3]
Tomasz Hrynacz Corto muso
Jarosław Jakubowski Żywołapka
Wojciech Juzyszyn Efemerofit
Bogusław Kierc Nie ma mowy
Andrzej Kopacki Agrygent
Zbigniew Kosiorowski Nawrót
Kazimierz Kyrcz Jr Punk Ogito na grzybach
Artur Daniel Liskowacki Zimno
Grażyna Obrąpalska Poprawki
Jakub Michał Pawłowski Agrestowe sny
Uta Przyboś Coraz
Gustaw Rajmus Królestwa
Rafał Sienkiewicz Smutny bóg
Karol Samsel Autodafe 8
Karol Samsel Cairo Declaration
Andrzej Wojciechowski Nędza do całowania
Tyle naraz. Praca nad nową powieścią, próba połączenia dwóch monumentalnych form pojemnych od dłuższego czasu mnie prześladujących – „Głosu Pana” Lema oraz „Na srebrnym globie” Żuławskiego – bo wierzę, że da się te arcyjakości połączyć w rozumną, w przekazywalną, ale też i – w romantyczną całość. Romantyczną, oczywiście, w moim rozumieniu, to znaczy – w całość nierealistyczną i nieantyrealistyczną naraz. Tak, uznaję, że zostaje tu jeszcze jakiś prześwit, korytarz, „Zwischengang” – w niego wkroczę i zbuduję duże domostwo o silnych, bo umownych fundamentach. Siła umowności jest czymś, w co nie zwątpiłem: to siła kultury, języka, literatury, wbrew pozorom bez umowności nie zaistnieje żadne sprzężenie zwrotne. I o tym jest również ta lemowsko-żuławska powieść, nad którą zapewne pracować będę latami.
Chociażby i rozmowa z Piotrem Mitznerem. Opowiada mi o „Konfederatach barskich” Pawlikowskiego, tak zwanym dramacie kwadransowym, bo i nie dłużej, aniżeli kwadrans, pisane mu było potrwać. Puste deski sceny, świeżo stynkowane mury, światło robocze, maszyniści montujący dekoracje i ustawiający reflektory, aktorzy w cywilnych ubraniach: oto meritum, w którym chciałbym pozostać. I chyba Mitzner to intuicyjnie wyczuwał. Mnie jednak nie interesowałoby „kwadransowanie” podobnych form, och – chciałby o wiele więcej niż Pawlikowski, chciałbym dwunastu godzin „Konfederatów barskich” w takim widoku – chciałbym literatury, która byłaby w stanie bez trudu ugwarantować mi wielogodzinny taras widokowy na scenę przedwstępną – taką, jak u Pawlikowskiego. Tylko w takim czuwaniu można by w dzisiejszych czasach mówić o jakichkolwiek siłach moralnych literatury, o jej moralnej predylektywności.
W telewizji mówię o Mackiewiczu, Sołżenicynie, Jerofiejewie i wreszcie Płatonowie. Dyskutuję z sowietologiem, Włodzimierzem Marciniakiem w rodzaju – jak mi się zdaje – wewnętrznego porozumienia, całkiem konwencjonalnego, nie poufnego bynajmniej. Kolejne dni wojny spędzam w mediach – mówię o szkole ukraińskiej w romantyzmie polskim, przywołuję „Upiory rewolucji” Herlinga-Grudzińskiego, powoli, ale i cierpliwie tłumaczę, że ustęp trzeciej części „Dziadów” jest rzeczą o teodycei Rosji. Mam poczucie, że taras widokowy się poszerza. Że nigdy nie postrzegałem tylu możliwości wyrazu, co teraz. Wszystko wyrażają Lem i Żuławski, przedziwni patronowie. Czytam „Eden”, dokończywszy kilka dni wcześniej „Solaris”. Nie czuję żadnej potrzeby, by powracać do Tarkowskiego – by cokolwiek zrewidować. Nic rewizji nie wymaga. Wszystko jest doskonałe, i może to widome znaki Apokalipsy...