Karol Samsel Autodafe 8
Karol Samsel Autodafe 8
Anna Andrusyszyn Pytania do artystów malarzy
Edward Balcerzan Domysły
Henryk Bereza Epistoły 2
Roman Ciepliński Nogami do góry
Janusz Drzewucki Chwile pewności. Teksty o prozie 3
Anna Frajlich Odrastamy od drzewa
Adrian Gleń I
Guillevic Mieszkańcy światła
Gabriel Leonard Kamiński Wrocławska Abrakadabra
Wojciech Ligęza Drugi nurt. O poetach polskiej dwudziestowiecznej emigracji
Zdzisław Lipiński Krople
Krzysztof Maciejewski Dwadzieścia jeden
Tomasz Majzel Części
Joanna Matlachowska-Pala W chmurach światła
Piotr Michałowski Urbs ex nihilo. Raport z porzuconego miasta
Anna Maria Mickiewicz Listy z Londynu
Karol Samsel Autodafe 7
Henryk Waniek Notatnik i modlitewnik drogowy III
Marek Warchoł Bezdzień
Andrzej Wojciechowski Zdychota. Wiersze wybrane
ZIGGY STARDUST (PISZESZ SIĘ NA TO?)
Symulujesz samego siebie. Symulujesz swoje lęki, obawy, a nawet miłość. Symulujesz bo oddziela cię od świata jakaś przezroczysta ściana z nieznanego materiału. Wiesz, że słowa mogłyby te ścianę rozbić ale... przecież przybyłeś tutaj z innej planety. Jesteś tym, który próbuje nazywać od nowa to co dla ziemian jest oczywistością. Nazywać i pokazywać w sposób jakbyś zdawał relację z planety Ziemia. Jakbyś był korespondentem międzyplanetarnym. „Starman waiting in the sky” a ja jestem pustką gestów, które nabierają figuratywności za twoją przyczyną. Berlin miasto twojej i mojej młodości. Berlin miasto mojego być lub nie być. Żyć, przetrwać, przeżyć. Miasto, gdzie zdarto zasłonę – i Ty. Alien? Cholerna rock and rollowa dziwko, z boską twarzą, na której zarobiłeś fortunę. Kochany, kochałam Berlin bo ty tam byłeś, gdy obok mnie dzieciństwo szukało siebie. Recytowało: wodnice, rzeka – i wielka balia, na której chciałam opłynąć dookoła świat. A ty stanowiłeś definicję szczęścia choć o tym nie wiedziałeś. Kochałam Berlin bo nawet znałam budynek, który mógłby być tobą gdyby materia umiała nas naśladować. Kochałam Berlin, bo ty tam byłeś, budynki szalały wokół jakby śpiewały refren światła. Od dziecka spaceruję cmentarzami. Kiedyś facet, którego kochałam wziął mnie na spacer i zaprowadził na cmentarz... miałam na sobie czarną suknię w cekiny i czarny welon... byłam wtedy wdową po samej sobie... cmentarz był zamknięty jakby na znak, że cmentarz to nie miejsce z grobami ale to co za murami cmentarza – to miasto i ci ludzie, czyż nie są martwi? Frywolność ciasteczka z malinami i sentymentalny sklep z antykami. Zaprosimy do tańca połykaczkę ognia? Zaprosimy porzucone przez czas przedmioty? Zaprosimy klauna i karuzelę żeby było śmieszniej? Zaprosimy. Już mam to na rękach. Kosmiczny pył. Już to widziałam gdy spacerowałam środkiem ulicy. Gwiezdny pył, złocisty i srebrny jak miniaturowe wykrzykniki i znaki zapytania. I zachód słońca, który należał tylko do ciebie. Jakby ten ziemski zachód gwiazdy zwanej Słońcem przypomniał ci zachód kilku słońc na twojej planecie. Na skraju jakiegoś miasta. Jak nad przepaścią. Do teraz będziemy się sprzeczać nad ilością tych zachodzących słońc. Ile ich było? Jedno? Dwa? Kilka? I znów paramy się trudem podążania. I znów próbuję nazywać kogoś przyjacielem.
© Ewa Sonnenberg