nowości 2025

Karol Samsel Autodafe 8

książki z 2024

Anna Andrusyszyn Pytania do artystów malarzy

Edward Balcerzan Domysły

Henryk Bereza Epistoły 2

Roman Ciepliński Nogami do góry

Janusz Drzewucki Chwile pewności. Teksty o prozie 3

Anna Frajlich Odrastamy od drzewa

Adrian Gleń I

Guillevic Mieszkańcy światła

Gabriel Leonard Kamiński Wrocławska Abrakadabra

Wojciech Ligęza Drugi nurt. O poetach polskiej dwudziestowiecznej emigracji

Zdzisław Lipiński Krople

Krzysztof Maciejewski Dwadzieścia jeden

Tomasz Majzel Części

Joanna Matlachowska-Pala W chmurach światła

Piotr Michałowski Urbs ex nihilo. Raport z porzuconego miasta

Anna Maria Mickiewicz Listy z Londynu

Karol Samsel Autodafe 7

Henryk Waniek Notatnik i modlitewnik drogowy III

Marek Warchoł Bezdzień

Andrzej Wojciechowski Zdychota. Wiersze wybrane

POPNARRACJE, Truchło i zachwyt

2015-04-07 12:00

Do niedawna byłem przekonany, że jestem zagorzałym fanem The Walking Dead – opartego na serii komiksów Roberta Kirkmana serialu o zombie-apokalipsie, w którym słowo zombie nie pada ani razu, a żywe trupy, zależnie od miejscowego dialektu, określane są mianem walkers, creepers, biters, chompers, roamers, i w którym walka z umarlakami – choć nierzadko bardzo efektowna – często schodzi na dalszy plan, by ustąpić miejsca psychologicznej analizie postaci czy zadawanym całkiem na serio filozoficznym pytaniom. Na przykład o to, ile z naszego człowieczeństwa to produkt względnie spokojnych czasów, w których żyjemy, i ile bylibyśmy w stanie zrobić, by w obliczu zagłady zapewnić przeżycie sobie lub (coraz mniej licznym) bliskim.

Ostatnio dochodzę jednak do wniosku, że jestem jeszcze większym wielbicielem potencjału tej serii. Gdy zasiadam z wypiekami na twarzy, by na kilkadziesiąt minut zapomnieć o nie-bożym świecie i śledzić losy Ricka Grimesa i reszty, taka naprawdę oglądam dwa seriale: jeden wyświetlany na ekranie komputera, a drugi w mojej głowie, z którego mój mózg na bieżąco wycina co bardziej frustrujące elementy. (A czasem wymagana to pewnej ekwilibrystyki).

W tym drugim serialu, rozgrywającym się wyłączenie w mokrych zaułkach mojego mózgu, bohaterowie nie porzucają nagle całej życiowej wiedzy i typowej dla siebie podejrzliwości, by dla dobra fabuły dać się zwieść czarnemu charakterowi, pod mikroskopem świetlnym nie można zobaczyć DNA (!), a postać, której bliska osoba właśnie zaginęła, wspomina o niej chociaż ze dwa razy.

Wiele z tych niedociągnięć wynika zapewne z licznej obsady. The Walking Dead, podobnie jak Game of Thrones, gra z naszymi przyzwyczajeniami, bezlitośnie uśmiercając głównych bohaterów. By było to możliwe, twórcy serii starają się mieć zawsze na podorędziu wiele ważnych postaci (niekiedy kilkanaście), przez co portrety części z nich przypominają raczej szkice, a przedwczesne śmierci czy inne tragiczne zdarzenia, które ich spotykają, nie niosą ze sobą aż tyle emocjonalnego ciężaru.

Żywych trupach można jednak znaleźć wiele elementów, które mój skłonny do przeredagowywania mózg pozostawia w stuprocentowej zgodzie z oryginałem. Są to nieliczne, ale zapierające dech w piersiach pejzaże wymarłej (w pewnym przynajmniej sensie) Atlanty; znacznie częstsze, równie osaczające leśne krajobrazy; ścieżka dźwiękowa, która doskonale buduje klimat amerykańskiego południa; przejmujące zwroty akcji czy zaskakująco liryczne momenty. Do ostatnich należą takie kurioza, jak truposzczak spokojnie kroczący przez łany zbóż. Trzeba nie lada kunsztu, by z czegoś tak niepozornego zrobić liryczną scenę ciężką w symboliczne znaczenie, a podobne sztuczki twórcom serialu udają się zaskakująco często.

Fascynujące jest także przyglądanie się ewolucji bohaterów i ich moralnie niejednoznacznym wyborom. W wielu przypadkach trudno nam zdecydować, czy dany czyn to jeszcze samoobrona czy już zwykłe okrucieństwo lub przeciwnie – przejaw człowieczeństwa czy głupoty, za który przyjdzie słono zapłacić. Całe szczęście scenarzyści jak ognia unikają czarno-białych postaci, kreśląc większość z nich całą paletą odcieni szarości.

Wspomniane fabularno-logiczne wpadki pewnie by mnie tak nie frustrowały, gdyby Żywe Trupy nie były kawałem naprawdę porządnej telewizji. W moim prywatnym serialowym rankingu produkcji tej niedużo brakuje do miejsca na podium obok fenomenalnych Sześciu stóp pod ziemią i Breaking Bad. Ostatni zaś odcinek piątego sezonu oglądałem z zapartym tchem, niemal z automatu ignorując kilka scenariuszowych dróg na skróty, a skupiając się na licznych momentach, w których oba seriale – pierwszy na ekranie, a drugi projektowany w mojej głowie – biegły jednym torem.

© Łukasz Drobnik