nowości 2026

Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo

Maria Jentys-Borelowska Moja Eliza

Konrad Liskowacki Pomurnik

Tomasz Majzel Święty spokój

Anna Maria Mickiewicz Po Sokratesie. Wiersze nie tylko filozoficzne

Gustaw Rajmus Angst

Karol Samsel Autodafe 9

Krzysztof Wacławiec W Pasie Oriona

książki z 2025

Maria Bigoszewska Gwiezdne zwierzęta

Jan Drzeżdżon Rotardania

Anna Frajlich Pył [wiersze zebrane. tom 3]

Tomasz Hrynacz Corto muso

Jarosław Jakubowski Żywołapka

Wojciech Juzyszyn Efemerofit

Bogusław Kierc Nie ma mowy

Andrzej Kopacki Agrygent

Zbigniew Kosiorowski Nawrót

Kazimierz Kyrcz Jr Punk Ogito na grzybach

Artur Daniel Liskowacki Zimno

Grażyna Obrąpalska Poprawki

Jakub Michał Pawłowski Agrestowe sny

Uta Przyboś Coraz

Gustaw Rajmus Królestwa

Rafał Sienkiewicz Smutny bóg

Karol Samsel Autodafe 8

Karol Samsel Cairo Declaration

Andrzej Wojciechowski Nędza do całowania

NOTES [PRAKTYKI] — maj 2026 [3]

2026-07-08 12:20

Być może mam umysł Wajdy i zamaszysty podpis Żuławskiego. Uściślając, mam rozumowy aprioryzm, ogarnialność właściwe Wajdzie oraz wibracyjność całego warsztatu i rzemiosła Żuławskiego: to tak jakby działać w dwóch różnych metrach — tradycyjnym i awangardowym, trzech drugich oraz sześciu szesnastych. Dlatego mój czytelnik pozostaje skazany na nieustanne rozczarowania i bardzo rzadkie i krótkie, za to (potrafię o to dbać) całkowicie ekstatyczne — uniesienia. Umysł Wajdy i podpis Żuławskiego, innymi słowy — „Człowiek z marmuru” kręcony jak „Borys Godunow”. Rzecz w tym, że jeśli nad czymś tak nieskomplikowanie, banalnie złożonym krytycy rozkładają ręce i wybierają — niesmak i przemilczenie, to świadczy źle tylko o nich i o ich zdolnościach rozpoznawalności talentu: żadnej w tym filozofii — zwykła synteza Żuławskiego i Wajdy, i to jednak wystarczy, aby wypełnić krytykom i interpretatorom usta „przysłowiową” watą i grochem. Elegancja oraz żywioł dekonstruujący tę elegancję: kobieta fizycznie zdobywana na scenie, która w tym samym czasie próbuje utrzymać w ręku cały swój urok, tj. „Borys Godunow”, ale z Teresą Budzisz-Krzyżanowską jako Godunowem, „Borys Godunow” według pomysłu Wajdy — ale reżyserowany przez Żuławskiego. Dobrze, rzecz jednak także w paidei... — Wajda mógł prowadzić swoją szkołę reżyserską, znalazł w sobie energię swojej elegancji, ja jednak — zdecydowanie jestem w energii Żuławskiego. Wszystko zależy, jak uważam, od tego, jak w manii definiujemy wielkość. Ja definiuję ją za faustyzmem — jego obowiązkami oraz jego przywilejami, jego wolnością i jego zadaniem. To może być głęboki neofaustyzm. Ale jak mówić o czymś takim, skoro współczesny czytelnik literatury jest wyłącznie — literackim klientem i relacja autor — czytelnik staje się relacją radykalnie kliencką, czy też klientelską? Nie ma tutaj miejsca na autotematyzm. Który autor odważy się w kontakcie z klientem opowiadać o problemach ze swą żoną, jak to — powiedzmy — robił Irzykowski w „Pałubie”? Kliencka teoria literatury neguje właściwie sens mówienia o czymkolwiek, co tyczyłoby czegokolwiek poza samą relacją z klientem? Dlatego uporczywie zapytuję — z perspektywy antyliberalnego filozofa nauki oraz literatury — gdzie tutaj jest namysł nad recepcją, istotą dzieła, jego granicami? Co to kogo obchodzi, jeżeli klient jest zadowolony? Kogo obchodzi sposób korzystania z produktu (czyli recepcja tekstu), jeżeli produkt został sprzedany, i tak dalej.

Z materiałów na wajda.tvp.pl dostrzegam, że Herbert niechętnie współpracował z Wajdą, odmówił chociażby stworzenia scenariusza późniejszego „Piłata i innych”, za to — Barańczak z pracy z Wajdą wywiązywał się z naddatkiem. Interesujące informacje — tu na niekorzyść Herberta, którego nokautuje solennością ten młodszy. Wybór między Wajdą a Żuławskim pasjonujący i graniczny — jak wybór między nekromancją a nekrofilią, tu także wymiana jednego na drugie, co wyzwalaj dużo więcej mroku niż w pierwszym odruchu zdawałoby się. Wybór między pedomancją a pedofilią — to właściwie to samo, i to także — wybór między Wajdą a Żuławskim. Czym właściwie mógłby się zajmować pedomanta...? Czym mogłaby się zajmować pedomancja jako dyscyplina nauki...? Załóżmy może, że — interdyscyplinarność, której uczę w Międzydziedzinowej Szkole Doktorskiej, jest formą — XXI-wiecznej uczonej magii, o której pisze Grafton. Że opozycja między naturą a kulturą właśnie dlatego jest ważna, bo reprezentuje opozycję pomiędzy magią naturalną a magią uczoną. Nie można więc zajmować się tematami bezkarnie, jak się chce, to znaczy — ograniczenie, wycinkowo. W tej chwili bowiem fetyszyzujemy magię naturalną, odcinając sobie nogę magii uczonej, można powiedzieć, tylko dlatego, że jest chora i wymaga naszej stałej opieki... Właśnie to mam na myśli, mówiąc, że nie możemy osłabiać kultury tylko dlatego, że jesteśmy urzeczeni tymczasową łagodnością natury. To tylko chwilowa meteorologia, wkrótce pogoda się popsuje. Zwierzęta domowe, które tak bardzo dzisiaj adorujemy, nie zastąpią Biblii ani pism Kanta i Kartezjusza. Dzisiejsza słoneczna pogoda zmienia się w jutrzejsze gradobicie, nie poradzimy sobie z ulewą bez dobrych systemów filozoficznych... Jestem przekonany, że w naszym wspólnym interesie jest postrzeganie współczesnych Kasandr — poważnie, nie zaś, jak czarownic, które są „w szponach diabła”. Oczywiście, ja, zgodnie z literaturą, którą reprezentuję jako posthumanistyczny mag, mogę powiedzieć z głębokim, wewnętrznym przekonaniem, że wszyscy wizjonerzy poza mną „pozostają”, „tkwią po czubki włosów w szponach diabła”. Uprzedzenie to mnie stanowi i dopiero ono czyni mnie skutecznym. Jak zresztą o tym tu już pisałem, postmodernizm jest nowym renesansem, dlatego współcześni humaniści liberalni są największymi wrogami dzisiejszych filozofów postmodernizmu, współczesnych „magów”. Liberaliści ci — zrobią wszystko, by obrzydzić nas publice, tak jak obrzydzało się Fausta: nazwą zatem, w Polsce, najprawdopodobniej endekami, nacjonalistami, braunowcami oraz faszystami. Teologami, skompromitowanymi księżmi, prowincjonalnymi katolikami, także pedofilami. W Ameryce bardzo prawdopodobnie faustowcy podobni do mnie mogą być nazywani trumpowcami. Tymczasem to jedynie metonimia, może metonimia i przerzutnia — patrzę na Trumpa, ale czytam Kartezjusza, patrzę na Jarosława Kaczyńskiego, a także/jednak czytam Immanuela Kanta.

Albo jeszcze inaczej: może mam umysł Felliniego, a zamaszysty podpis Bergmana. Umysł Viscontiego i zamaszysty podpis Jodorowskiego. Twórczość maga to puszenie się ducha. Pusząca się mistyka często zdradza ulatniające się znaczenie: sztuką jest wtedy tworzenie lekkich słów, ale nie — ulatniających swojego „cogitandum”, czyli własnej treści poznawczej. Wtedy przecież nie ma czego uzgadniać, zostaje tylko teatr zgodności, której podstawa wyparowała. Mistyka to niekiedy larwa, zaś każdą larwę — jak każdą formę przejściową należałoby umieć poskromić. Żuławski nie panował nad larwą, co innego Pasolini... Pociąga mnie to, co mówi zatem wprost o tym, że szaleństwo nie przemija — na Ziemi, ani tym bardziej poza Ziemią, jednak daje się formalnie uzgodnić. Przy podobnym założeniu interesują mnie tylko projekty dyplomatyczne, nie surrealizm, to w dyplomacji autotematycznej ujawnia się z kolei najgłębszy sadomasochizm. Dążę do tego, by być Żuławskim, który ma w sobie więcej dyscypliny... Załóżmy, że Żuławski ma dyscyplinę Pasoliniego i „Szamanka” wygląda jak „Salo”. Trzeba mieć w sobie i Sade’a, i Woltera, a tu wyraźnie się podzielono — Sade’a miał Żuławski, a Pasolini — Woltera. Ktoś zaś, kto pisze „Kandyda”, nie może reżyserować „Stu dni Sodomy”. Dlatego wywracając sytuację na stronę Żuławskiego, gdyby Żuławski ruszył na pustynię, to zaraz po jej powrocie powinien zrobić „Salo”. Zrobić to, co należy, „Salo” w reżyserii Żuławskiego. „Salo”, oczywiście, formalne. Czy jestem zwalczany przez liberalnych humanistów dlatego, że jestem neolibertynistą? Spór o źdźbło słomy. Nawet jeśliby się nazywało „Sto dni Sodomy”. Jeżeli mam wybierać spór o źdźbło słomy albo spór hamletyzowany, to lepiej, moim zdaniem, bić się o słomę, niż... umierać za swój sceptycyzm: przecież hamletyzm to młodzieńcza forma sceptycyzmu — zapewne można rzec, sceptycyzm, który ma ciało i ma seksualność, w tym wypadku — ma penisa.

Intertekstualność jest to współczesny antykwaryzm. „Niemożliwość Piety” opowiada o magicznym kapłaństwie praktykujących literaturę, a „Prima” to nieomalże — parodia badań antykwarycznych. Myślę, że należy ją wręcz nazwać postantykwaryczną parodią Księgi z ostatnim, już całkowicie posttekstualnym, tomem... Krasznahorkai kojarzy mi się z jakimś nienaturalnym ciepłem, jakimś postmodernizmem „u Pana Boga za piecem” — jest nazbyt wygodny lub zbyt mało niewygodny, no nic, po prostu — czytając „Szatańskie tango”, czuję, jakbym wpadał w grób jak w pościel, i niewiele na to poradzę. Więc jednak — „Lektura dla uczniów IV klasy szkoły podstawowej”. Ale dobra lektura. Satysfakcjonująca. Choć to, oczywiście, nie poziom satysfakcji „poza skalą”. Skala Skałki. Skałkaskali. Powiem tak: podziwiam Krasznahorkaiego. Mimo wszystko — „Szatańskie tango” to w równym stopniu niedemagogiczne i niefilozoficzne podanie do ręki kwadratury koła. Po co rozwiązywać? Jednakże literatura to wiara szukająca zrozumienia, a nie pocieszenia — potrzeba do niej filozofów, najdalej z estetykami i z terapeutami! Literatura to trudna mowa jeszcze trudniejszego pisma. Kto się z tym nie zgadza, niech idzie sadzić ogród, a także niech już skończy z pokrętnym nazywaniem ogrodów słów — Słowem ogrodu). Mnie interesują tu wszystkie utwory, które historia literatury zinterpretowała tak dalece, że aż — rozstawia wszystkie swoje posterunki tam, gdzie tylko można o nich pomyśleć. Chcę powiedzieć całkowicie otwarcie, że na te posterunki należy ostro napadać — mówię o posterunkach wewnątrz „Hamleta” lub „Boskiej komedii” — o takie utwory chodzi mi tu przede wszystkim... Mimo wszystko czytając Graftona, dostrzegam również, że „Prima” jest całkowicie z ducha Agryppy — „W pewnym sensie Agryppa wzorował swoją książkę na szerszym kontekście społecznym. „Opisywał kosmos niczym cesarstwo”, jako masę nachodzących na siebie władz i jurydykcji powiązanych w skomplikowany sposób, których granice są zmienne, a i stanowiska potrafią się zmieniać”. To wizja kosmosu-szachownicy, pisze dalej Grafton, do którego trzeba było szachownicowego dzieła: „w takim sensie — mówi Agryppa — rozważne było stworzenie czegoś na kształt otwartego tekstu — a więc książki, którą można było interpretować na mnóstwo różnych sposobów”. „Prima” jest wcieleniem takiej agrypiańskiej koncepcji dzieła otwartego.

© Karol Samsel