nowości 2026

Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo

Maria Jentys-Borelowska Moja Eliza

Konrad Liskowacki Pomurnik

Tomasz Majzel Święty spokój

Anna Maria Mickiewicz Po Sokratesie. Wiersze nie tylko filozoficzne

Gustaw Rajmus Angst

Karol Samsel Autodafe 9

książki z 2025

Maria Bigoszewska Gwiezdne zwierzęta

Jan Drzeżdżon Rotardania

Anna Frajlich Pył [wiersze zebrane. tom 3]

Tomasz Hrynacz Corto muso

Jarosław Jakubowski Żywołapka

Wojciech Juzyszyn Efemerofit

Bogusław Kierc Nie ma mowy

Andrzej Kopacki Agrygent

Zbigniew Kosiorowski Nawrót

Kazimierz Kyrcz Jr Punk Ogito na grzybach

Artur Daniel Liskowacki Zimno

Grażyna Obrąpalska Poprawki

Jakub Michał Pawłowski Agrestowe sny

Uta Przyboś Coraz

Gustaw Rajmus Królestwa

Rafał Sienkiewicz Smutny bóg

Karol Samsel Autodafe 8

Karol Samsel Cairo Declaration

Andrzej Wojciechowski Nędza do całowania

NOTES [PRAKTYKI] — wtorek, 4 listopada — poniedziałek, 10 listopada 2025 [2]

2025-12-09 11:13

Wczoraj rozmawiałem z Emanuelą Winko o kontynuacji warsztatów emisyjnych oraz teatralnych dla więźniów — słyszę, że trenują w celach, rozgrzewają się i dopytują, kiedy do nich wrócę. Winko chce zakupić sprzęt do nagrywania i mikrofony, abyśmy przystąpili do nagrywania pocastów z ich udziałem, proponuję, aby czytali „Małego Księcia” w dialekcie kurpiowskim dla ludzi na wolności: deklaruję, że nauczę ich czytać gadki i pieśni ludowe, wezmę już na 19 listopada do więzienia „Puszczę Kurpiowską” w pieśni ks. Skierkowskiego, towarzyszyć mi będzie — zapewnia Emanuela — prawosławny ksiądz, który również będzie gotów współprzygotowywać naszych więziennych aktorów... Na gali Nagrody Kazimiery Iłłakowiczówny spotykam Krzysztofa Szymoniaka, niewidzianego od lat. We wtorek Ania Rospara zachęca mnie do Matilde’a Battistini, którego odstępuje mi na tydzień — napisana właśnie przez niego „Astrologia, magia, alchemia” jest fascynująca i uzmysławiam sobie, że „Prima” jest również czymś podobnym, jak dobrze jednak, że napisanym bez udziału efektu Battistiniego, który z pewnością uzależniłby mnie od siebie, nie tylko przecież w „Primie”, bowiem „Pietę” jeszcze bardziej dawałoby się odczytać w podobnym duchu, jako zaślubiny chemiczne dokonane przez Adama alchemicznego, którego odpowiednikiem byłby u mnie, oczywiście, Tomaszewski. Wędrując przez Warszawę, ponownie uzmysławiam sobie, że kultura powoli staje się narzędziem maskowania, a następnie asekurowania bardzo dobrze ukrytego wstępnie — zdziczenia ludzi i ich wyrachowania. Kultura asekuruje zdziczenie... Również — upominania nauk są elementem owej dzikiej polityki — skierowanej przeciwko wolności. Weźmy błąd anachronizmu, który naukowcy nawzajem sobie wypominają oraz wytykają: czy nie jest formą kolonialnego kneblowania intelektualistów — zupełnie jeszcze niegotowych na postkolonialne wyzwolenie? Tak powiedziałby przecież Wiesław Rzońca w swojej najnowszej książce, „Hölderlin, geniusz romantycznej dekonstrukcji” (powinienem ją zrecenzować dla „Nowych Książek” najpóźniej do poniedziałku).

Czekam na to, aż dialektyka czułości (ta od Tokarczuk, od Kąckiej) pokaże swoje złowrogie oblicze Meduzy, choć może się stać to także, oczywiście, po dziesiątkach lat — czytelnicy Kąckiej czy Tokarczuk nie biorą w ogóle tego pod uwagę — tego, że jest to — dialektyka, właśnie, nie analektyka, dokładnie taka sama, jak tzw. oświeceniowa dialektyka postępu, ta od encyklopedystów, na których Tokarczuk tak chętnie się powołuje... Tego nie mówi prosty człowiek, proszę Państwa, słowa o czułości narratora mówi do Was właśnie — dialektyk, a dialektyk zawsze, prędzej czy później — zostaje skompromitowany. Dialektyka postępu została skompromitowana w XX wieku, więc dialektyka czułości skompromitowana zostanie również — może w XXII wieku, a może jeszcze szybciej — może w wieku XXI, w drugiej połowie wieku XXI? Ktoś proponuje teleskopowy charakter literatury, ktoś z kolei kalejdoskopowy, w końcu zjawia się ktoś, kto wyciąga syntetyczne wnioski i — zaczyna tłumaczyć — nie tylko przy pomocy literatury — wszystko to, co... kalejteleskopowe... To kalejteskopowa Kącka, kalejteleskopowa Tokarczuk...

Kolejny dzień w pociągu, tym razem do Katowic. Uzmysławiam sobie ze sporym smutkiem, że nie ma nas — bez naszej pychy, egocentryzmów, lęku, stygmatyzowania, ironii. Nie ma ani jednego czystego uczucia, ani jednego czystego uczucia nie zobaczyłem, tylko uporczywe rozmowy przez telefon przy zanikającym zasięgu, krzyki przez słuchawkę, tak jakby podniesiony głos miał pomóc w słyszalności, która jest zakłócana przez zasięg, a nie osłabiana. Młodzi aroganccy, już nie bezrefleksyjni, bezświadomi — cały czas „Ja” i próby naprawiania sytuacji, prostowania relacji z matkami i ojcami przez owo stale powtarzane „Ja”, jakby to miało poprawić komunikację, nie, tu raczej należy powiedzieć: wprost, „nie chcę”, „nie godzę się”, „proszę mnie zostawić w spokoju”. I cały czas słyszane: „spokojnie”... na każdą próbę mówienia prawdy, jakby prawda oznaczała eksplozję stanów nerwowych, nic więcej, tak jak gdyby prawda była nerwicą, i niczym więcej, ekspresją wszystkiego tego, co nerwiczne, jaka to nieszczęsna, zdruzgotana, przebodźcona epoka pełna nadmiaru, a także samobójczych westchnień, nawet odruchy samobójcze zyskują charakter katakumbowych. Myślę o tym, że Facebook pozostaje dzisiaj Warbookiem, i nawet bardzo niejasnym pod wieloma względami Peacebookiem pozostaje Biblia. Wyobrażam sobie społecznościową wersję Biblii, jak wyglądałaby zatem społecznościowa wersja Starego Testamentu: chyba właśnie tak, jak dzisiaj, w roku 2025 wygląda Facebook. Przypomina mi się 2010 rok i potępianie mnie przez Martę Ewę Rogowską, kiedy powiedziałem jej, że loguję się na Facebooka. Teraz już wiem, że szedłem na wojnę, natomiast Marta już w młodym wieku wybierała starcze, szczęśliwe wyspy i „splendid isolation” — mimo tego, że to jej wybór był tchórzliwy, to ja przez nią zostałem potępiony oraz nastygmatyzowany... A w 2010 roku wszyscy dołączający do mediów społecznościowych byli przez katolików potępiani (Marta była gorliwą katoliczką, zajmowała się podkreśleniami w rękopisach Norwida...).

Wsłuchuję się w ton głosu młodych grających przede mną w „Państwa — miasta”, zagrywają się cały czas, z każdym typowaniem ukazując swoją wyższość nad innymi, czy działają w ten sposób wszystkie gry towarzyskie, w tym gry planszowe — czy są to zatem narzędzia do udowadniania wyższości nad innymi, w odróżnieniu od nietowarzyskich kart, gdzie gra w pokera lub brydża uzależniała, tworząc hazard, jednak z drugiej strony nie wytwarzała sytuacji kolonialnej wyższości. Odkrywam, słuchając młodych grających w „Państwa — miasta” kolonialny charakter gier towarzyskich oraz platoński, idealistyczny charakter gier w karty, w tym gier hazardowych: odkrywam w ten sposób, że hazard ma w sobie: więcej z platonizmu i idealizmu niż gry towarzyskie i planszowe. Czy gry planszowe stanowią zsekularyzowaną, zeświecczoną, zbrutalizowaną oraz skolokwializowaną formę dawnych, religijnych form gier hazardowych, czy nie powinniśmy w podobnym duchu — przeczytać „Gracza” Dostojewskiego? Poza tym, wszystko, co słyszę w pociągu, pozostaje, właściwie, tylko frazeologią: „no dobra”, „ogólnie”, „w skrócie”, „potwierdzam!”, „no ale jak...”, „szczerze?”, czy Wyspiański czuł się podobnie w Bronowicach? Czy dałoby się przepisać, wypisać z tego „Wesele”, z frazeologii, ale takiej, która już nawet nie jest grą na żadnych zasadach, jest całkowitą pustką manowców, manowaniem, manowcowaniem całej semantyki? Słyszę, że to współcześni harcerze. Czy harcerstwo nie uczy dziś już tylko wyrachowania? Czy nie ma aby — więcej wspólnego z młodym menedżeryzmem i korporacjonizmem, niżeli z czynem szaroszeregowym? Przecież powinniśmy rozumieć, że anachronizm wykorzystujemy dzisiaj bardzo często — jedynie dla naszej wygody... Nie ma czegoś takiego, jak dwudziestopierwszowieczna „szaroszeregowa etyka”, wciąż jednak posługujemy się określeniami harcerstwa, tak jakby wartości skapitalizowane, a także przekapitalizowane były dokładnie tym samym, co autentyczne wartości roku 1939, 1940, 1943, 1944, 1945. Zakładam stopery na uszy, ażeby nie słuchać: XXI-wiecznych „harcerzy” odcinających kupony od XX-wiecznej szaroszeregowości (i w spokoju móc zająć się — Hölderlinem): „ja uwielbiam”, „ja nie lubię”, „all-inclusive też jest fajne”, szesnastolatek-harcerz porównujący mi zza przedniego rzędu wakacyjną inkluzywność Bułgarii, Turcji, Egiptu, harcerka zaś mówiąca mu o „wakacjach w Pensylwanii”, na co chłopiec usiłuje z powrotem wynurzyć się na coraz ostrzejszy grzbiet, czy czubek rozmowy, więc przebić spiętrzenie mówieniem o „muzułmańskich socjalistach” oraz ich tożsamości... „Państwa — miasta” przechodzą już tutaj w czystą (wreszcie platońską) sferę dialogu dramatycznego. „Team Wilanów”, czytam na plecach harcerki mówiącej o napięciach w Liceum Batorego i geniuszach z Batorego zagryzających wspólnie tych słabszych i mniej utalentowanych... Niestety, nie widzą, że sami również są tymi „drapieżnymi” geniuszami i zasługują, to z przekonaniem, na swojego Batorego... Również lubią zapach „słabszej krwi”, jak każdy duchowy aryjczyk... Czy nie powinniśmy zacząć zliczać światopoglądów aryjskich i postaryjskich w polskim społeczeństwie po 1990 oraz 2000 roku? Ja sam jestem aryjski czy postaryjski? Czy w swoich najlepszych — tzn. najlepszych etycznie — momentach — jestem dekonstruktorem polskiej aryjskości i czy by można powiedzieć o mnie „Samsel — geniusz aryjskiej oraz postaryjskiej dekonstrukcji w Polsce”, tak jak — Wiesław Rzońca określa „Hölderlin — geniusz romantycznej dekonstrukcji”, „spoko, polecam”, wyraża się harcerz o nauczycielu polskiego, jednocześnie zaznaczając, ażeby uważać na nauczyciela historii, bowiem wymaga — tymczasem „mamy europosłów”, jeszcze podkreśla, na koniec, szesnastolatek: „Nie chciałbym być drugą opcją, to pachnie trochę turecką komedią”, oświadcza w końcu, rzeczowo i arogancko, dzięki czemu wiem, że nie do końca wie czy rozumie, jaką siłę, jaką awangardową siłę — posiada omega całego Wszechświata.

© Karol Samsel