Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo
Konrad Liskowacki Pomurnik
Tomasz Majzel Święty spokój
Karol Samsel Autodafe 9
Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo
Konrad Liskowacki Pomurnik
Tomasz Majzel Święty spokój
Karol Samsel Autodafe 9
Maria Bigoszewska Gwiezdne zwierzęta
Jan Drzeżdżon Rotardania
Anna Frajlich Pył [wiersze zebrane. tom 3]
Tomasz Hrynacz Corto muso
Jarosław Jakubowski Żywołapka
Wojciech Juzyszyn Efemerofit
Bogusław Kierc Nie ma mowy
Andrzej Kopacki Agrygent
Zbigniew Kosiorowski Nawrót
Kazimierz Kyrcz Jr Punk Ogito na grzybach
Artur Daniel Liskowacki Zimno
Grażyna Obrąpalska Poprawki
Jakub Michał Pawłowski Agrestowe sny
Uta Przyboś Coraz
Gustaw Rajmus Królestwa
Rafał Sienkiewicz Smutny bóg
Karol Samsel Autodafe 8
Karol Samsel Cairo Declaration
Andrzej Wojciechowski Nędza do całowania
Gdy uciekłam od tego co było, od domu rodziców, od Wrocławia, od wrocławskich przyjaciół, od tych, którzy mnie nienawidzili zamieszkałam na Ruczaju w Krakowie. To był ostatni blok w mieście. Psy tutaj szczekały dupami. Za blokiem rozpościerała się łąka. Łagodnie dotykając miejskich zabudowań. Z okna miałam widok na małą łączkę i górę z klasztorem Kamedułów. Wieże klasztoru emanowały nocą czerwonymi światłami. Byłam totalnie samotna. Nikt mnie nie odwiedzał. Nikogo do siebie nie zapraszałam. Mój mały pokoik stał się moją samotnią, do której wracałam jak do ukochanego. Całymi dniami słuchałam muzyki i czytałam buddyjskie książki. Nic nie pisałam. Nie mogłam. Nie potrafiłam. Nawet gdy chciałam coś napisać nie byłam wstanie. Byłam chora na depresję. Miałam wtedy kontakt tylko z naturą. To ona uczyła mnie powrotu do zdrowia. Powrotu do normalnego życia. Pomimo bólu jaki wtedy odczuwałam był to jeden z najpiękniejszych okresów w moim życiu. Czułam się wolna. Nie miałam żadnych obowiązków. Nic mnie nie obchodziło. Na niczym mi nie zależało. Wszystko wydawało mi się takie małe i śmieszne. Czułam się jakbym płynęła na obłokach. Gwiazdy śpiewały mi do snu. Wszystko było takie otwarte na tu i teraz. Sporo wtedy piłam. Codziennie chodziłam do „Prowincji” na Brackiej, gdzie wypijałam kilka lampek czerwonego, wytrawnego wina. Z tego okresu nie mam ani jednego wiersza. Nigdy też nie wracałam myślami na tyle by napisać o tamtym czasie wiersz. Nie żeby nie było niczego inspirującego. Po prostu nie umiałabym zapanować nad przestrzenią kartki. Nie umiałabym zwerbalizować tego, co wtedy czułam. Robiłam jedynie luźne notatki. Notatki nie miały nic wspólnego z poezją. Potem niektóre z nich wykorzystałam mocno przerabiając w poematach z tomiku „Pisane na piasku” (2007). Notatki dotyczyły moich przeżyć psychicznych. Moich relacji z naturą. Dokładnie opisywałam stany, w które popadałam. Z aptekarska dokładnością przyglądałam się swojej psychice. Jakbym ją trzymała w dłoniach i oglądała z bliska. Stworzyłam sobie wtedy nowy świat, do którego poezja nie miała wstępu. Zdarzenia, które mnie spotykały były tak samo wolne jak ja. Nie chciałam ich zamieniać w poezję. Nie chciałam by były na usługach słowa. Nie chciałam wtedy niczego nazywać. To, co zewnętrzne było tym samym, co wewnętrzne. Pomimo depresji osiągnęłam jakąś swoistą równowagę ze światem. Nie potrzebowałam poezji, poezja nie potrzebowała mnie. Rachunki były wyrównane. Potrzeba ekspresji wycofała się na drugi plan. Chciałam zniknąć w tłumie. Chciałam zatopić się w tłumie i być taka jak wszyscy. Byłam niezauważalna, ale jednak zauważająca. W tej wolności od słowa, od poezji, od siebie, od jakichkolwiek obowiązków rzeczywistość przynosiła mi tak wiele niepowtarzalnych zdarzeń. Nigdy ich nie opisałam. Nigdy ich nie zamieniłam w wiersz. Pozostawiłam je tylko dla siebie. By trwały przy mnie jak oręż w tej walce o samą siebie.
© Ewa Sonnenberg