Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo
Maria Jentys-Borelowska Moja Eliza
Konrad Liskowacki Pomurnik
Tomasz Majzel Święty spokój
Anna Maria Mickiewicz Po Sokratesie. Wiersze nie tylko filozoficzne
Gustaw Rajmus Angst
Karol Samsel Autodafe 9
Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo
Maria Jentys-Borelowska Moja Eliza
Konrad Liskowacki Pomurnik
Tomasz Majzel Święty spokój
Anna Maria Mickiewicz Po Sokratesie. Wiersze nie tylko filozoficzne
Gustaw Rajmus Angst
Karol Samsel Autodafe 9
Maria Bigoszewska Gwiezdne zwierzęta
Jan Drzeżdżon Rotardania
Anna Frajlich Pył [wiersze zebrane. tom 3]
Tomasz Hrynacz Corto muso
Jarosław Jakubowski Żywołapka
Wojciech Juzyszyn Efemerofit
Bogusław Kierc Nie ma mowy
Andrzej Kopacki Agrygent
Zbigniew Kosiorowski Nawrót
Kazimierz Kyrcz Jr Punk Ogito na grzybach
Artur Daniel Liskowacki Zimno
Grażyna Obrąpalska Poprawki
Jakub Michał Pawłowski Agrestowe sny
Uta Przyboś Coraz
Gustaw Rajmus Królestwa
Rafał Sienkiewicz Smutny bóg
Karol Samsel Autodafe 8
Karol Samsel Cairo Declaration
Andrzej Wojciechowski Nędza do całowania
copyright © http://annasikorska.blogspot.com 2025
Powtarzalność i wędrówka po zakamarkach miejskiego labiryntu to motywy znane zarówno z klasyki literatury jak i filmu. Zapętlenie czasu i przestrzeni oraz ludzkich problemów. Na myśl przychodzą mi takie pozycje jak „Dzień świstaka” obok „Ulissesa” Joyce’a, „Twierdzy” Exupery’ego, „Obcego” Camusa, „Sklepów cynamonowych” Schulza, „Procesu” Kafki i wielu innych dzieł, w których bohater zanurza się w labirynty przestrzeni wędrując po znanym sobie świecie i uwięziony w pętli absurdów codzienności na nowo go odkrywa. I tak jest też w książce Marka Warchoła „Bezdzień”. Opowieść otwiera poranny pośpiech, spóźnienie z powodu codziennych rytuałów, tkwienie w korku i potrzeba fizjologiczna wybijająca z tkwienia w samochodzie. Wypita przed wyjściem do pracy szklanka ciepłej wody z miodem przyczynia się do narastającego ciśnienia w pęcherzu. Potrzeba opróżnienia go wiąże się z poszukiwaniem drzewa w okolicy. I oto okazuje się, że ono tam jest. Mające dziewięćset lat drzewo uniknęło wycinki nawet w czasie przebudowy dróg, która powaliła poniemieckie zabytki. Niezwykła trwałość ma w sobie coś z mityczności i piękna, które każdego dnia ludzie mijający je w samochodach ignorują.
„Piękno nie potrzebuje ludzkiego oka ani ludzkiego zachwytu, jest samowystarczalne. Obawiam się nawet, że pełne podziwu spojrzenie nierzadko odziera piękno z czegoś najcenniejszego, lub też co najmniej naznacza je jakąś skazą”.
Majestatyczna roślina staje się bramą do innego świata: wyzwolenie z tkwienia w korku, miejscem spotkania, schadzki, bo właśnie tam spotyka dziewczynę będącą kimś na wzór przewodniczki czy towarzyszki wędrówki po mieście, patrzenia na niego nieco innym wzrokiem i z innej perspektywy. Uwolniony z samochodu i tkwienia w korku przemierza ulicami i zakamarkami, w których to nie architektura jest ważna tylko napotkani ludzie wkomponowani w nią. Otoczenie jest tłem spotkania. Z miejskiej przestrzeni ludzie wyłaniają się jak duchy, snują jak zjawy, przepadają w swoich czynnościach nie dostrzegając innych.
„Cała ziemia to jeden nieoznakowany grób. Chodzimy pośród grobów, śpimy na nich, kochamy, nienawidzimy na grobach. Miasta wznieśliśmy na trupach, drzewa rosną na trupach, i nie ma w tym żadnej ckliwości. Chodzi mi o ten moment graniczny, kiedy grób przestaje być potrzebny żyjącym. Kiedy człowiek umiera naprawdę i jest już tylko ściółką, niczym więcej. Jak rodzice Karlheiza i sam Karlheiz, bo nikt się nad nim nie roztkliwia. Chyba wtedy, gdy po raz ostatni ktoś przychodzi, roni ostatnia łzę, poświęca ostatnia myśl. To jest granica. Dzieci dorastają i wyjeżdżają, wnuki zapominają, a prawnuki nawet nie wiedzą, że w ogóle istniałeś. Abonament się kończy i nie ma komu go przedłużyć, przychodzi cmentarny służbista, ściera twoje nazwisko z kamienia i lądujesz pod płotem, na wysypisku”.
Pierwszoosobowy bohater to pracujący na kierowniczym stanowisku na budowie mężczyzna w średnim wieku. To jego okiem widzimy miasto i dzięki temu mamy tu sporo opisów pozwalających na lepsze poznanie architektury otoczenia. Pojawiają się różnorodne konstrukcje, detale, przejścia, zaułki z poetycką i obrazową opowieścią o materiałach i sposobie ich wykonania. Szczecin jawi się tu jako jeden wielki labirynt, w którym z jednego kręgu przechodzi się do kolejnego, złożony z nakładających się na siebie brył. Zróżnicowane światy są tuż obok. Dwójka bohaterów ma okazję przyjrzeć się różnorodnym aspektom minionego i współczesnego życia ludzi opisanego z jednej strony dosadnie, a z drugiej alegorycznie. W wykreowanym świecie czas jest pojęciem względnym i ulega zakrzywieniu. To pozwala przedwojennemu pisarzowi ukrywać się na barce, gdzie za uratowanie życia musi zapłacić wysoką cenę: tkwi tam samotny ze swoimi myślami, a przecież ludzie potrzebują innych nadających sens ich istnieniu. Pojawię się przerażeni wizją wojny dawni mieszkańcy tych ziem i problem propagandy politycznej, kreowania historii, tworzenia autorytetów. Spotyka też osoby pochłaniane przez lekturę, konsumpcjonizm, wiarę. Wszystko, co robi człowiek zbyt mocno angażujący się w określoną powtarzalną czynność jest niebezpieczne.
„Po raz pierwszy tego dnia w moim mózgu zakwitła myśl z gatunku opresyjnych, tych szczególnie znienawidzonych, pojawiających się zawsze w sytuacjach zawieszenia i bezczynności, których mój umysł panicznie się boi. Są to myśli-polecenia, myśli-rozkazy nakazujące podjęcie działania. Bywa, że niektóre dni w całości wypełnione są takimi myślami. Nie dzielą się na godziny, minuty i sekundy, ale na zadania do wykonania. Jest to ogromnie frustrujące i męczące zarówno dla ciała, jak i dla psychiki, ponieważ zadania nigdy się nie kończą. Gdy mozolę się z jednym, moje myśli już fruną do następnych. Ten ciąg można przerwać, jedynie padając bez czucia na łóżko i ucinając tym samym rozwijającą się w nieskończoność spirale myśli”.
„Bezdzień” to książka, w której forma uzupełnia treść i sprawia, że płynie z nich ważne przesłanie, w którym ważne jest wychodzenie poza swoją codzienną rutynę, przyzwyczajenia, poglądy. Akcja jest prosta: bohater ze spotkaną pod drzewem dziewczyną wędruje odwiedzając ważne miejsca. Pojawia się znany niemiecki pisarz, świątynia, targowisko, galeria, zaułek z czytelnikami, ludzie oddani różnorodnym zajęciom, podążanie za kapryśnym kotem, ale wcześniej jest znaczący opis miejskiego korka i osób tkwiących w pojazdach jak drób w klatkach. Codzienność staje się pretekstem do refleksji nad tendencjami, zachowaniami, inżynierami społecznymi.
Anna Sikorska
Marek Warchoł Bezdzień — http://www.wforma.eu/bezdzien.html