nowości 2026

Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo

Maria Jentys-Borelowska Moja Eliza

Konrad Liskowacki Pomurnik

Tomasz Majzel Święty spokój

Anna Maria Mickiewicz Po Sokratesie. Wiersze nie tylko filozoficzne

Gustaw Rajmus Angst

Karol Samsel Autodafe 9

Krzysztof Wacławiec W Pasie Oriona

książki z 2025

Maria Bigoszewska Gwiezdne zwierzęta

Jan Drzeżdżon Rotardania

Anna Frajlich Pył [wiersze zebrane. tom 3]

Tomasz Hrynacz Corto muso

Jarosław Jakubowski Żywołapka

Wojciech Juzyszyn Efemerofit

Bogusław Kierc Nie ma mowy

Andrzej Kopacki Agrygent

Zbigniew Kosiorowski Nawrót

Kazimierz Kyrcz Jr Punk Ogito na grzybach

Artur Daniel Liskowacki Zimno

Grażyna Obrąpalska Poprawki

Jakub Michał Pawłowski Agrestowe sny

Uta Przyboś Coraz

Gustaw Rajmus Królestwa

Rafał Sienkiewicz Smutny bóg

Karol Samsel Autodafe 8

Karol Samsel Cairo Declaration

Andrzej Wojciechowski Nędza do całowania

"Cokolwiek, czyli wszystko", https://kozirynek.online, 22.06.2026

copyright © https://kozirynek.online 2026


Gdyby ktoś mnie zapytał, o czym jest książka Tomasza Majzela „Opowiadania w liczbie pojedynczej”, odpowiedziałbym bez wahania: o mnie. A potem, już ciszej, dodałbym: o nas wszystkich. Bo choć z pozoru to zaledwie kilka miniatur z życia pewnych nijakich postaci z pewnego nijakiego blokowiska, to w gruncie rzeczy to pełnokrwista topografia naszej zbiorowej samotności.

Tej, którą nosimy nie na twarzach, tylko pod powiekami. Której nie wyznajemy, tylko dźwigamy — w zbyt dużych płaszczach, w pustych torbach, w spojrzeniach spuszczonych w ziemię w windzie.

Czytałem Majzela bez pośpiechu, tak jak nie spieszy się nikt w tej książce — ani bohaterowie, ani narrator, ani nawet trawa, która wiosną, bez pytania, wyrasta spod podmurówki. Zwykle podczas lektury nie zwracam uwagi na takie rzeczy jak trawa, ale Majzel kazał mi się zatrzymać. Kazał mi patrzeć. Bo to, co nieistotne, pozorne, w jego opowieściach zyskuje wymiar metafizyczny — jakby każda mrówka, każdy pusty balkon i każdy łokieć wsparty o parapet miał coś do powiedzenia. Tylko nikt nie chce słuchać. Znam Grubego. Znam Jadźkę i Romana. Mijam ich codziennie. Przysięgam, raz nawet słyszałem, jak Pan Wacław pod nosem powiedział do siebie: „jutro, jakoś tam”. I tak właśnie żyją — jakoś tam. Bez przyszłości, bez przeszłości. Zbierają punkty lojalnościowe w sklepie spożywczym, karmią koty, wyciągają reklamówki z kontenera i karmią siebie — byle czym, byle jak. Czasem alkoholem, czasem wspomnieniem. Ale nigdy nadzieją, bo tej już nie ma. Wytłukła się przy trzeciej przeprowadzce albo wyparowała gdzieś między pasem zieleni a śmietnikiem.

To, co porusza mnie najbardziej w prozie Majzela, to fakt, że jego bohaterowie nie mają imion po to, by ich zapamiętać, ale po to, byśmy zobaczyli w nich siebie. Sebastian, któremu nawet nie chce się być leniwym — znamy go aż za dobrze. Mim, który nie mówi już w pierwszej osobie — to też my wszyscy, kiedy milczymy z obawy, że nasze słowa nie zostaną zauważone. I Korniszon, który mógłby być postacią komiczną, ale bardziej przypomina sąsiadkę z naprzeciwka, która codziennie spogląda przez firankę i patrzy, czy ktoś jeszcze oddycha.

A przecież żyjemy. Prawda? Właśnie: żyjemy. Ale jak? W trybie zawieszenia, na jałowym biegu, dryfując na krawędzi ekranów i powiadomień. Uzależnieni od aplikacji, od seriali, od nieustannego „scrollowania życia innych”, zapominając o własnym. Czasem wydaje mi się, że bohaterowie Majzela mieliby większy sens istnienia, gdyby chociaż mieli smartfona. Ale oni są już poza tym — odcięci nie tylko od sieci, ale od impulsu, od pragnienia, od tęsknoty. Wybrali strefę cienia, gdzie nic już się nie musi, a wszystko może się rozmyć.

Czy to depresja? A może nowa norma? Mówimy dziś o wypaleniu, o samotności, o cywilizacyjnym zmęczeniu materiału. Ale Majzel nie diagnozuje — on pokazuje. Z czułością chirurga, który operuje bez znieczulenia. Daje nam obrazy — momenty, mgnienia. Zatrzymuje gest, słowo, spojrzenie. I nie mówi: „zobaczcie, jak bardzo cierpią”. On mówi: „popatrzcie, jak bardzo są niewidzialni”. A to boli bardziej. Bo przecież każdy z nas nosi w sobie jakąś Jadźkę. I każdemu z nas czasem nie chce się nawet chcieć. Boimy się siebie, boimy się innych, więc zamykamy drzwi, zasłaniamy okna, zakładamy słuchawki. Mówimy: „jutro”, „kiedyś”, „później” — magiczne zaklęcia codziennego nieistnienia. Wierzymy, że jeszcze zdążymy. Ale do czego?

Majzel nie daje odpowiedzi. I bardzo dobrze! Bo jego opowieści nie mają nas pocieszać, tylko otrzeźwiać. Nie prowadzą do puenty, tylko zostawiają w zawieszeniu — tak jak życie bohaterów, które mogłoby się skończyć w każdej chwili, ale jakoś nie ma odwagi, by się zakończyć naprawdę. „W poezji zawsze można napisać… cokolwiek” — mówi Literat. A w życiu? Czy wolno nam „cokolwiek”? Czy potrafimy? Czy potrafimy jeszcze malować na białym płótnie, skoro tak bardzo przyzwyczailiśmy się do szarości? Jeśli nie my — to kto? Jeśli nie teraz — to kiedy?

„Opowiadania w liczbie pojedynczej” to nie zbiór opowiadań. To kieszonkowe lusterko, które ktoś podrzucił nam do plecaka. Można w nie spojrzeć. Można też je zignorować. Ale jeśli zdecydujemy się patrzeć — zobaczymy siebie. I to może być najważniejsze spotkanie, jakie przeżyjemy.
Rafał Kasprzyk


Tomasz Majzel Opowiadania w liczbie pojedynczejhttp://www.wforma.eu/183,opowiadania-w-liczbie-pojedynczej.html