Nowości 2018

Zbigniew Chojnowski Zawsze gdzieś jest noc

Anna Frajlich Laboratorium (wydanie 3, rozszerzone)

Małgorzata Gwiazda-Elmerych Czy Bóg tutaj

Jolanta Jonaszko Bez dziadka. Pamiętnik żałoby

Péter Kántor Czego potrzeba do szczęścia

Sławomir Kuźnicki Kontury

Uta Przyboś Tykanie

Karol Samsel Autodafe

 

Nowości 2017

Maria Bigoszewska Wołam cię po imieniu

Jan Drzeżdżon Szalona Monika

Krzysztof Gryko Kontrapunkt

Lech M. Jakób Rzeczy

István Kemény Programy w labiryncie

Bogusław Kierc Jatentamten

Janusz Kryszak Nieme i puste

Joanna Lech Piosenki pikinierów


Dariusz Muszer Pole Czaszek

Cezary Nowakowski, Jakub Nowakowski Błogosławieni

Grażyna Obrąpalska Podróże w pamięć

Halszka Olsińska Złota żyła

Mirosława Piaskowska-Majzel 36 i 6

Małgorzata Południak Pierwsze wspomnienie wielkiego głodu

Ewa Sonnenberg Wiersze dla jednego człowieka

Bartosz Suwiński Wyraj

Paweł Tański Glinna

Maria Towiańska-Michalska Akrazja

Andrzej Turczyński Źródła. Fragmenty, uwagi i komentarze

Miłosz Waligórski Długopis

Henryk Waniek Miasto niebieskich tramwajów

Andrzej Wasilewski Teoria literatury Stanisława Lema

Zbigniew Wojciechowicz Dulszczynea

Marta Zelwan Graffiti


2017. Antologia współczesnych polskich opowiadań

Ukraińska Nadzieja. Antologia poezji

 

"Fronasz", Piotr Werner, 19.10.2009

Recenzje » Recenzje 2009 » "Fronasz", Piotr Werner, 19.10.2009

copyright © Piotr Werner 2009

Niewielka, Kwadratowa książeczka o czarno-zielonej (w przeważającej większości) okładce. Początkowo zwracająca uwagę przede wszystkim nietypowym (jak na polskie środowisko, obfitujące, jak wiadomo, w -skie i -icz) nazwiskiem autorki. W dalszej kolejności – tytułem, przywodzącym na myśl twarożek, ostatnio popularny w przyjemnie chrupiącej formie. I, jeszcze, ładną czcionką na stronie tytułowej. Potem zaczynają się schody, bo książkę (jak to, w końcu, książkę) trzeba, a przynajmniej jakoś wypadałoby otworzyć. Dalej... Proszę wybaczyć moją śmiałość, ale w dalszej kolejności naprawdę klawo byłoby ją przeczytać. A później? Jak podpowiada sprawczyni całego zamieszania, hulaj dusza. Bo, proszę Państwa, oto jest sztuka, co wyrasta ponoć w braku kolorów.
Fronasz jest, póki co, pierwszym spośród czterech wydawnictw Miłki Malzahn zbiałowieskiej literatki i Pani Muzyk (drogowskaz na Białystok Muzyczny), aktualnie obecnej pod strzechami jako białostocki głos w Twoim domu – które trafiło mi, szczęśliwym trafem pod oczy. Rozpowszechnienia dokładnie studwudziestostronicowej książki, wydrukowanej na miłym w dotyku papierze podjęła się Forma, umieszczając ją w chlubnej serii Kwadrat, będącej ponoć (ponoć, ponieważ zbyt słabo się znamy, by wygłaszać na swój temat publiczne opinie) literackim Red Bullem. Poprzeczka, już na wstępie, została zawieszona dość wysoko. Skok, na szczęście, się udał. Zdradzając zakończenie (acz jeno recenzji) – mi Fronasz dodał skrzydeł.
Tak, była to całkiem duża, nielegalna robota (…) Fronasz coraz gorzej znosił podróż tą ciężarówką. Było mu niewygodnie od wielogodzinnego siedzenia, kierowca co jakiś czas mylił trasę, no i zlecka nie była typowa. Lubił tę robotę, ale nie w tej chwili, nie dziś. Przeważnie nie wnikał, o co chodzi. Działał i za to dostawał pieniądze. A z Martyńcem potrafił załatwiać wiele nietypowych (pozostańmy przy tym określeniu) spraw.
Fronasz zaczyna się mocno. Przetupując krok za niezwykle ciekawie i kreatywnie zbudowany spis treści lądujemy w samym środku nocy, owiani niepogodną nocą i dymem kryminału. Główni bohaterowie, tytułowy Fronasz (tym sposobem zagadka „WTF tytuł?” zostaje rozwiązana) i jego wierny druh, Martyniec, doglądają właśnie transportu ciał ludzkich, surowcowych, przeznaczonych na wykorzystanie w, ahym, dziełach sztuki (ponure kiwnięcie głową w stronę pana von Hagensa i jego plastynacji). Krótko mówiąc, się dzieje. Już kilka stron dalej czeka nas odrobina retrospekcji, następnie nieco posteriospekcji. Motyw ten, niczym zwrotka-refren powtarza się raz jeszcze (proporcje nie są regularne, ustalane przez Autorkę ot tak, do smaku) i książka się kończy. Jest bardzo dobra.
...niestety, napisanie recenzji książki bez odwoływania się do wydarzeń weń zawartych jest zasadniczo trudne i daje produkt mniej wyczerpujący, aniżeli się spodziewałem. Nic to.
Główny wątek, wokół którego (pozornie?) porusza się cała powieść (a przynajmniej można tak sądzić, zważywszy na jego zaszczytną obecność w spisie treści) jest wręcz kryminalny. Aby nie zepsuć zabawy, mogę powiedzieć tylko tyle, że chodzi o naprawdę kosmicznie nielegalną robotę. Trzymanie się jednak tylko jednego kierunku podczas zapoznawania się z Fronaszem wydaje się być dużym nietaktem. Miłka w subtelny sposób żongluje tematami, prowadząc nas za oczko od jednego, przez drugi, do trzeciego, skąd wybieramy się w kolejną przechadzkę. Subtelność polega zaś na tym, że każdy z nich opisuje z odpowiednią pieczołowitością, przez pojęcie „główny wątek” ma dość szerokie znaczenie.
Uznałam za wielce ciekawy fakt, iż zakręty mogły być czysto abstrakcyjnym wymysłem.
Rzeczą, która szczególnie zwróciła moją uwagę jest język Fronasza. Tak bliski ziemi, jak to tylko możliwe, niemal kolokwialny, daleki od tolkienowskich natchnień, a przy tym głęboki i poruszający. Miłka Malzahn pisze niezwykle lekko, nienachalnie. O bohaterach, czy miejscu akcji nie wiemy praktycznie nic. Ich imiona zdają się być tylko pseudonimami, miastem akcji jest Miasto. Cichość zdradza nam tylko tyle, ile wiedzieć musimy, aby móc skupić się na tym, co ważne. A ważności jest mnóstwo – zdania-perełki, często w żaden sposób nieeksponowanych, a (zakładając, że już je zauważymy, to uczucie podobne do znalezienia Wally'ego na obrazku) o imponującej sile rażenia. W zapachu farby drukarskiej czuć coś nieuchwytnego, co tkwi pomiędzy literami i wyskakuje zza wyjustowanych, zaenterowanych już wierszy. Przez cały czas czytania towarzyszyło mi wrażenie, że jest tu coś więcej, niż wskazują na to zapisane strony, że one są tylko zasłoną dymną. Ta lekkość, o której wspominałem wyżej daje czytelnikowi szerokie pole do interpretacji, skłania do myślenia. Miłka, w notce wydawniczej sama zwraca na to uwagę, zauważając, iż każde odczytanie Fronasza uważa za prawdopodobnie słuszne.
Kiedy był bardzo, ale to bardzo młody kochał się w takiej dziewczynie (starsza była, o siedem lat), przy której spadały lustra. Nie mogli spokojnie pójść gdzieś razem przez te lustra. Ani w gości, ani do kawiarni. Miała jakieś tajemnice (nauczył się selekcjonowania tajemnic, bardzo przydatna umiejętność w jego zawodzie). Potem ona wyjechała i zrobiło się normalniej. Wolał, żeby było normalnie.
Największą siłą Fronasza jest, moim zdaniem, fakt, że ta książka zostaje. A, muszę przeznać, na początku wcale się na to nie zanosiło. Nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia po pierwszych dziesięciu, nie przykuła do stron, nie skończyłem jej w jeden wieczór. To zupełnie inny typ odbioru, bardziej progresywny. Wydaje mi się, że najbardziej doceniłem najnowsze dziecko Miłki Malzahn, gdy odłożyłem ją na półkę, po dumnym dotarciu do słowa KONIEC. Dopiłem herbatę, przeszedłem się po domu i rzuciłem okiem na zapisane w notesiku cytaty, przodowników pracy w fabryce wrażeń. Przespałem się raz, drugi, w międzyczasie chodząc do pracy i prowadząc ożywione życie prywatne. I, bodaj po kilku dniach, uświadomiłem sobie, że Fronasz był przeżyciem głęboko osobistym, dotkliwym, którego życzę każdemu. Trudno jednak wyobrazić sobie coś, czego się nigdy przedtem nie widziało. Namawiam więc, polecam i szepczę – warto.

Miłka O. Malzahn Fronaszhttp://www.wforma.eu/42,fronasz.html

  • Dodaj link do:
  • facebook.com