Najpierw przerażenie. Na skraju płaskiego dachu kilkupiętrowego budynku staje młody mężczyzna. Widzę go w perspektywie podobnej do patrzenia na freski sklepienia Kaplicy Sykstyńskiej. Za sekundę pojawia się za nim drugi. Brodaty. Ten pierwszy siada na krawędzi dachu. Podciąga nogi. Przysiada na lewej. Drugi otwiera skrzynkę z narzędziami. Jest pomocnikiem. Cała robota pierwszego w półprzysiadzie ma w sobie coś frykcyjnego. Klisze sykstyńskie narzucają się same. Ogromne tło nieba za nimi uwzniośla ironicznie ten – i tak – podniesiony, podniecony obraz.
© Bogusław Kierc