Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo
Tomasz Majzel Święty spokój
Karol Samsel Autodafe 9
Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo
Tomasz Majzel Święty spokój
Karol Samsel Autodafe 9
Maria Bigoszewska Gwiezdne zwierzęta
Jan Drzeżdżon Rotardania
Anna Frajlich Pył [wiersze zebrane. tom 3]
Tomasz Hrynacz Corto muso
Jarosław Jakubowski Żywołapka
Wojciech Juzyszyn Efemerofit
Bogusław Kierc Nie ma mowy
Andrzej Kopacki Agrygent
Zbigniew Kosiorowski Nawrót
Kazimierz Kyrcz Jr Punk Ogito na grzybach
Artur Daniel Liskowacki Zimno
Grażyna Obrąpalska Poprawki
Jakub Michał Pawłowski Agrestowe sny
Uta Przyboś Coraz
Gustaw Rajmus Królestwa
Rafał Sienkiewicz Smutny bóg
Karol Samsel Autodafe 8
Karol Samsel Cairo Declaration
Andrzej Wojciechowski Nędza do całowania
Z innej beczki. Ponadczasowy Horacy. Tę satyrę (na literatów) najlepiej powiedzieć sobie na głos. Pośmiejcie się!
SATRYRY 1. 9
Szedłem raz Święta Ulicą, zwyczaju trzymając się mego,
Zamyślony głęboko o jakichś niebieskich migdałach.
Nadbiegł pewien znany mi tylko z nazwiska patałach,
Rękę mi ścisnął i krzyczy: „Jak się masz, kochany kolego” –
„Średnio na jeża – odparłem – i życzę ci jak najlepiej!”
Widząc, że przypiął się do mnie i ani się nie odczepi,
Pytam: „A co chcesz?” On na to: „Ach, znasz mnie, wszak jestem literat!” –
„Cenię cię za to” – bąknąłem i pragnąc mu umknąć, rad nierad
Kroku przyspieszam, to znowu przystanę i w sposób intymny
Szepcę coś niby słudze do ucha, a ciało mi zimny
Pot oblewa. „O gdybym tak umiał do gniewu być prędki,
Jak Bolanus!” – powtarzam w duchu. On wziąwszy mnie w dozór
Sławił Rzym i przedmieścia, wartko rozpuścił już ozór.
Ja wciąż milczę. On wtedy: „Już z dawna zgaduje twe chętki!
Zwiać chcesz ode mnie. Fe, brzydko! Wszak nie mam co robić, więc pójdę
Z tobą, gdziekolwiek dążysz”. Ja w nową wdałem się bajdę:
„Po co masz drogi nadkładać? Do człeka, co złożon chorobą
Idę, nie znasz go, mieszka daleko za Tybrem, w pobliżu
Parków Cezara”. – „Mam czas, nie jestem leniwy, więc z tobą
Pójdę wszędzie!” Stuliłem uszy, niepomny prestiżu,
Jak zgłupiały osiołek, gdy wielki przytłoczy go bagaż.
On mówi: „Zważywszy mój talent, już widzę, że się nie wzdragasz
Z Wiskiem, z Wariusem mnie równać w przyjaźni. Bo przecież któż skrobnie
Tyle wierszy za jednym zamachem? Kto równie nadobnie
Tańczy jak ja? Niech się schowa Hermogen! Jam w śpiewie Syreną!”
Tu mi się udało wścibić pytanie: „Masz matkę ubogą
Lub krewniaków na swojej opiece?” – „Nie! nie mam nikogo.
Wszystkich złożyłem do grobu”. – „Szczęśliwi! Jam został ci jeno!
Dobij i mnie, boć na mnie okrutny taki los czyha,
Który w dzieciństwie mi z urny wytrzęsła stara wróżycha:
Jego nie zgładzi trucizna ni wrogów włócznia żelazna,
Grypa ni starcza podagra, ni ból, co wykręci mu tułów;
Jego dobije gaduła. Więc niech się wystrzega gadułów,
Kiedy nieco zmądrzeje i lat dojrzalszych już zazna!”
Ćwierć dnia już zmitrężywszy, przechodzim koło świątyni
Westy. On stawić się w sądzie miał w związku z własnym procesem.
Wiedział, że przegra sprawę, jeżeli inaczej uczyni.
Rzecze więc: „Chwilkę bądź łaskaw zaczekać!” – „Niech zginę z kretesem,
Jeśli mam czas na czekanie! A na cywilnym kodeksie
Znam się jak kura na pieprzu!” – „Czy sprawę, czy ciebie opuścić?
Jestem w kłopocie!” – „Mnie opuść!” – „O, nigdy!” i (widać już wściekł się)
Rusza jak oparzony przed siebie. Ja za nim, bo juści
Jak tu się oprzeć zwycięzcy? – „A jakże z tobą Mecenas? –
On znów pyta. – Ten szczęściarz urządzać się umie roztropnie:
Z garstką wybrańców przestaje jedynie! Gdybyś zapoznał
Mnie z nim, o! wielkich względów z mej strony na pewno byś doznał:
Ja bym ci zrobił u niego protegę! Niech kaczka mnie kopnie,
Jeślibyś wszystkich nie zaćmił”. – Ja na to: „Zdaje się, że nas
Mylnie sądzisz. Boć w żadnym domu nie żyje się czyściej.
Nie masz tam intryg ni gniewów, ni plotek, ni podłej zawiści,
Forów nie dają bogatszym ni mędrszym, lecz każdy tam znajdzie
Miejsce dla siebie”. – „Ech, szklisz! Uwierzyć trudno tej bajdzie”. –
„Ależ to prawda! Więc staraj się o nią; mocą swych zalet
Zdołasz go podbić. On do współczucia łatwo się nagnie,
Tylko się droży z początku”. – „Nie zaśpię gruszek w popiele;
Dziś jeszcze służbę przekupię. Cóż, trzeba sięgnąć do kalet!
Jeśli mnie z kwitkiem odprawią, trudności-m się jeszcze nie przeląkł;
Chwile stosowną wypatrzę, na drodze zaczepię go śmiele,
Odprowadzę… bez pracy wszak nie ma kołaczy!” W rozterce
Odsiecz ujrzałem: szedł Fuskus Aristius! On jako zły szeląg
Znał mojego kompana. Stajemy. „Ach, skądże to, skądże
Dążysz, kochany, i dokąd?” – zapytał. Ja w miejscu się wiercę,
Szczypie go z lekka w ramię i perskie oko doń robię,
Głowa mu kiwam, by chciał mnie ratować. On śmiał się niemądrze,
Niby nic nie rozumiejąc. Mnie żółć aż wrzała w wątrobie!
„Kiedyś mówiłeś, że chciałbyś poufnie rozmówić się, a bez
Świadków ze mną”. – „Pamiętam, pamiętam! lecz pozwól, że w kropce
Dziś cię zostawię. Do jutra! wszak dzisiaj trzydziesty jest szabes;
Chciałbyś podciętym żydziaszkom w nos kopcić?” – „Przesądy mi obce –
Odmę się na to. Lecz on: „A ja za wzorem pospólstwa
Jestem przesądny. Wybacz! Pomówim później!” Ostatnie
Zgasły nadziei promienie. Zbiegł huncfot, w niewole gadulstwa
Mnie nieszczęsnego oddając. Lecz nadszedł moment wyzwolin:
Zabiegł gadule drogę przeciwnik i złowił go w matnię:
„Tużeś mi ptaszku! – huknął. – To ty się uchylasz od prawa!”
Nuże go taszczyć przed sąd. Ja uszy do góry! Krzyk, wrzawa,
Rwetes na całej ulicy. I tak mnie wybawił Apollin.
Przekład Józefa Birkenmajera