Nowości 2020

Andrzej Ballo Made in Roland

Roman Ciepliński Ukryte myśli

Anna Frajlich W pośpiechu rzeka płynie

Jarosław Jakubowski Wojna

Zbigniew Jasina Inaczej przemijam

Paol Keineg Powrót do Bretanii

Bogusław Kierc Płomiennie obojętny (o chłopcu, który chciał być Bogiem)

Andrzej Kopacki Sonety, ody, wiersze dla Marianny

Dariusz Muszer Księga ramion deszczu

Uta Przyboś Wielostronna

Karol Samsel Autodafe 3

Tomasz Stefaniuk Małpka Koko i inne wierszyki dla (nie)grzecznych dzieci

Henryk Waniek Notatnik i modlitewnik drogowy II

 

Nowości 2019

Dejan Aleksić Jak to powiedzieć

Jarosław Błahy Rzeźnik z Niebuszewa

Kazimierz Brakoniecki Twarze świata

Tomasz Hrynacz Dobór dóbr

Piotr Kępiński Po Rzymie. Szkice włoskie

Bogusław Kierc Osa

Andrzej Kopacki Inne kaprysy

Artur Daniel Liskowacki Brzuch Niny Conti

Tomasz Majzel Osiemnasty

Dariusz Muszer Człowiek z kowadłem

Dariusz Muszer Wiersze poniemieckie

Elżbieta Olak Otulina

Paweł Przywara Ricochette

Karol Samsel Autodafe 2

Bartosz Suwiński Bura. Notatnik chorwacki


Paweł Tański Okolicznik północnych pól

Andrzej Turczyński Czasy i obyczaje. Wariacje biograficzne

Andrzej Wasilewski Jestem i

Sławomir Wernikowski Passacaglia

Jurij Zawadski Wolny człowiek jeszcze się nie urodził

 

BŁĘDNIK ONLINE, Z zapisków szopinżeńskich

BŁĘDNIK ONLINE Macieja Cisły » BŁĘDNIK ONLINE, Z zapisków szopinżeńskich

SCHÖPPINGEN. Schöppingen to małe miasteczko niedaleko westfalskiego Münsteru. Jesteśmy tu z Anią (listopad 2002) na kolejnym stypendium literackim. Mieszkamy w oficynie pewnego XIX-wiecznego Bauernhofu. Mamy okna sięgające do podłogi, a dalszym ciągiem tej podłogi, na zewnątrz, jest ostrzyżona łączka ze strumykiem, w którym mieszkają szczury wodne. I te zwierzątka często podbiegają do naszych okien, opierają się o nie łapkami i zaglądają do domu.

Schöppingen znajduje się blisko granicy holenderskiej i panują tu flamandzkie obyczaje okienne. Nie ma firanek: okno służy do wyglądania na zewnątrz oraz do zaglądania przez przechodniów do środka domu.

5 listopada. Mają tu w Schöppingen, na środku cmentarza, figurę „zdemokratyzowanego” Chrystusa. Jezus wisi na tak niskim krzyżu, że prawie jest przechodniem. Wykonano go w skali 1 : 1 i przyodziano w spodnie, zamiast tradycyjnej przepaski. (Zwiedzanie nieznanych miejscowości zaczynamy z Anią zawsze od cmentarzy, czyli od lokalnej historii zapisanej w nagrobkach.)

Po południu wybraliśmy się z plecakami do „Aldiego”, dla zaopatrzenia spiżarni. Jedzenie w Niemczech jest relatywnie trzy razy tańsze niż w Polsce, a z perspektywy popularnego „Aldiego” wygląda to jeszcze lepiej. Ów dobrostan wynika niewątpliwie z unijnych dopłat do rolnictwa. My nad Wisłą jak na razie dopłacamy raczej do przemysłu niż rolnictwa, szczególnie do kopalń i do hut, których załogi, reprezentowane przez potężne organizacje związkowe, zdolne są wywierać skuteczną presję na skarb państwa.

10 listopada. Ciepło jak we wrześniu, wobec czego wybrałem się na rower. (Dla stypendystów są tutaj darmowe rowery.) Puściłem się wygodną dróżką wzdłuż potoku Vechte. Za Schöppingen natknąłem się na wesołe zające w oziminie, biegające w kółko, raz w lewo, raz w prawo, z podskokami.

A w którymś z przysiółków zachwyciły mnie na wybiegu świnie tak gigantyczne, że zasługiwały na mocniejszą nazwę, a więc były to szwynie. Różowe nosorożce, bajeczne bydlaki.

Wszędzie orano już na zimę pola, przy czym bauerzy kreślili swymi pługami tak równe linijki, że prawie chciało się na nich coś pisać.

15 listopada. Dziś po obiedzie poszliśmy z Anią ulicą Górską (Bergstrabe) ku figurze Anioła Stróża miasteczka – bo jest tutaj taki. Przy kamiennym Aniele umieszczono pulpit z wierszem, wyrytym w twardym plastiku. O czym jest wiersz – nie wiem, bo skomponowano go w lokalnym dialekcie ludowym.

16 listopada. Rankiem leżymy sobie, leżymy... Aż z tego leżenia zaczęliśmy się kochać. Pomału i rozmyślnie bez finału. Wstaliśmy naelektryzowani, rozświetleni, z nieuszczuploną energią twórczą.

Po południu ruszyliśmy, tak jak wczoraj, ku Bergstrabe, do naszego Anioła. Potem poszliśmy dalej, między wiatraki prądowe, których są tutaj na wzgórzach całe zagony. Ramiona owych maszyn przecinają powietrze ze złowrogim świstem. „Gdyby chmury były niżej – powiedziała Ania – śmigła pocięłyby je na trociny i leżałoby na ziemi mnóstwo granatowego i płowego, wilgotnego śmiecia”.

18 listopada. Odkrywamy w krajobrazie kolejne „pulpity” z wierszami – a to w zakolu rzeki, a to na skraju lasu, a to pod krzyżem na rozstajach. Ciekawe, ile przetrwałyby takie piękne rzeczy w Polsce? U nas w Warszawie, na Grochowie, zwyczajne rozkłady jazdy wyparowują z przystanków w ciągu paru godzin;  ZTM wciąż musi je na nowo wywieszać.

Wracaliśmy ze wzgórz nieznanym dotąd wąwozikiem, a wtem z mijanej szopy wystawił ku nam głowę czarny pies i gniewnie zaczął ujadać.

– Schopen-hau-hauer – skwitowała moja twórcza żona.  (Bardzo spodobał mi się ten jej Schopenhau-hauer.)

23 listopada 2002. Mgła oblega. Melancholia. Nagie drzewa... Po południu dyrektor ośrodka, Josef Spiegel, zaprosił wszystkich stypendystów do siebie na spotkanie adwentowe. Jego żona upiekła ciasto bezowe, na francuskim spodzie. Było sztywnawo, ale postanowiłem się nie nudzić i swoim sposobem zacząłem rozpytywać obecnych o różne rzeczy, na przykład dlaczego w części wystawowej Bauernhofu stoją takie niekomunikatywne, radykalne „instalacje”? Odpowiedział mi Georg, plastyk z Berlina, że nie zgadza się na słowo „niekomunikatywne”. „Sztuki uczymy się jak języka – oświadczył z naciskiem. – Kto nie zna języka sztuki, ten jej oczywiście nie rozumie.”

Ucieszyłem się, że mam oponenta i wyjechałem z moją ulubioną tezą, że estetyka odwołuje się raczej do sfery zmysłów, niż umysłu. „Esthetike” po grecku znaczy „doznanie zmysłowe”. Zatem nie tyle o poznanie idzie w sztuce, ile o doznania. Sztuka ma uwodzić, a nie dowodzić. Tutejsze instalacje nie uwodzą mnie, podkreśliłem.

Ania zaczęła dawać znaki, że chyba zanadto się wymądrzam. Posłusznie umilkłem i wkrótce potem zaczęliśmy się żegnać. – Ale kochasz mnie, prawda? – zapytała, gdyśmy wyszli na dwór. – Kochasz i dasz mi to na piśmie, tak?

26 listopada. Daję na piśmie, oczywiście... Chcę powiedzieć, że napisałem nowy wiersz dla Ani, zatytułowany „Za co cię kocham”:

 

...A więc za co cię kocham:

za twoje oczy oczywiste i usta ustawiczne;

 

za luby wzgórek o świcie,

a potem już dzień łatwy, z górki;

 

i za to, że mówisz „kocyś” o kocu,

albo „niebuszko” o niebie;

 

a kiedyś psa, co naszczekał na nas z przydrożnej szopy

nazwałaś „Schopenhauhauerem”.

 

I lubię siebie z tobą –

a nie z każdym lubię siebie.

 

O, uszczęśliwiający wgląd w światło świata

przez bliską duszę!

 

I kocham cię za to, że cię kochać chcę,

mogę i muszę.

 

27 listopada 2002. Wsiedliśmy dziś do Schnellbusu nr 70 i pojechaliśmy do Münsteru. (Sama podróż w obie strony kosztuje tyle, co tygodniowe utrzymanie w Bauernhofie. Komunikacja w Niemczech jest droga).

Münster zakładał w X wieku Karol Wielki, jako miasto misjonarskie. Münsterscy mnisi mieli za zadanie nawracanie pogańskich plemion saskich.

Najsławniejszą świątynią w mieście jest kościół św. Lamberta. Na wieży kościoła wiszą trzy żelazne klatki, w których trzymano w XVI stuleciu niejakiego Jana Bokelsona z Lejdy i jego dwóch kompanów. Jan Bokelson z Lejdy był krawcem, mówcą, aktorem i poetą. Jako  wędrowny prorok, obrany został w 1534 wodzem rebelii religijnej anabaptystów. Ogłosił się „królem nowego Syjonu” i narzucił miastu komunizm teokratyczny. Nakazał przy okazji zniszczenie wszelkich obrazów i rzeźb (zgodnie z pierwotnym Dekalogiem), wprowadził też poligamię. Sam miał 17 żon. W 1535 katolicy pojmali go, torturowali i stracili.

Spod św. Lamberta poszliśmy z Anią na Plac Katedralny. XIII-wieczna katedra oblężona dziś była przez stragany jarmarku, bo trafiliśmy akurat na dzień targowy. W sektorze gastronomicznym, w jednej z kuchen polowych, dawano w tekturowych miskach świetną grochówkę.

Dalej, na środku Prinzipalmarktu, pod arkadami gotyckiego Ratusza siedział człowiek-orkiestra, który śpiewał, walił w bęben, grał na gitarze elektrycznej, harmonijce ustnej, na czynelu i na drumli. Przebrany był za XIX-wiecznego „człowieka drogi” (Jankesa); miał na sobie długi prochowiec i czarne buty z cholewami; na szyi miał pionierską chustkę, a na głowie szapoklak.

Na koniec wybraliśmy się do Landesmuseum, gdzie pokazują m.in. to, czego nie zdążył poniszczyć ów wariat, Jan z Lejdy. I spodobał nam się tu niezwykle Derick Baegert, XV-wieczny malarz westfalski, zwłaszcza jego obraz ze św. Łukaszem, ukazanym w momencie, gdy portretuje z natury Matkę Boską. Tymczasem skrzydlate anioły przyrządzają artyście obiad w kuchni. Świetny był także „Wyrywacz zębów” (Der Zahnbrecher) Theodora Snydersa, mistrza antwerpskiego. Płótno ma dwa metry na dwa; wszystkie kleszcze i wiertła są na nim jak żywe. W dodatku ów namalowany Zahnbrecher miał dziwnym zbiegiem okoliczności twarz Lecha Wałęsy, z charakterystycznymi wąsikami.

6 grudnia, dzień Świętego Mikołaja. Pierwszy śnieg. „Prezent od św. Mikołaja”, uśmiecha się Ania, ale jej uśmiech jest dziwnie smutny. Bo Ania ma właśnie napad nostalgii; „Chciałem bym już wracać do domu, chciałem bym już wracać”, powtarza głosem małego chłopczyka.

Dla rozweselenia postanowiliśmy pójść do lokalnego supermarketu typu „mydło i powidło”. W dziale upominków trzymają tu fantastyczne kicze, dewocjonalia, pseudorzeźby z plastiku itd. Dzisiaj spodobał nam się szczególnie pewien czarnoskóry saksofonista, w marynarce ze złotego brokatu, który miał w brzuchu bateryjkę i grał przewracając oczami oraz przeginając się w biodrach. Kosztował 16 euro. (Niewiele brakowało, a nabylibyśmy go.)

Po powrocie do Bauernhofu zastaliśmy przesyłkę od Julii Hartwig, z jej nową książką pt. „Błyski” – rodzajem aforystycznwego szkicownika poetyckiego.

Oto kilka „błysków” Julii z tego tomu:

 

„W sztuce to, co najlepsze, jest ledwo wystarczające – tak uważał Goethe”.

 

„Trzeba pracować, jeśli nie z zamiłowania, to z rozpaczy, albowiem jeśli wszystko dobrze roztrząsnąć, praca mniej nudzi niż zabawa”. (Baudelaire)

 

„Kiedy na małej wysepce Oceanu Indyjskiego jeden z rybaków umiera, jego łódź jest w żałobie. Przez rok nie wolno jej używać”.

 

„Nagły blask słońca – jak wesoły okrzyk”.

 

7 grudnia 2002. W Schöppingen trwa kanonada przednoworocznych fajerwerków. Szopinżeński święty Mikołaj jest piromanem i podarował tutejszym dzieciom chyba wyłącznie środki wybuchowe.

Porozmawiałem sobie dzisiaj ciekawie z pewnym kompozytorem (współstypendystą), Luciem Gregorettim z Florencji. Gregoretti pracuje bez jakiegokolwiek instrumentu, tworzy muzykę od razu i docelowo na ekran komputera. „Komponowanie jest aktem intelektualnym – przekoywał mnie Lucio. – Czynnik akustyczny ma akurat tyle sensu dla kompozytora, ile dla poety ma odczytanie na głos napisanego wiersza, co jak wiadomo nie jest konieczne. Utwór muzyczny, podobnie jak wiersz, istnieje bez względu na to, czy rozbrzmiewa, czy też nie”.

11 grudnia. Na placyku przed Bauernhofem zaczęto urządzać lokalny jarmark przedbożonarodzeniowy. Pojawiła się mała, zabytkowa karuzela, także stragany ozdobione choiną; rozwieszono kolorowe lampiony. Przyprowadzono kucyki, wielkości dużego psa i wytyczono dla nich padok. Na kucykach posadzono uszczęśliwione dzieci. W zaimprowizowanej jadłodajni, pod namiotem, na wielkich patelniach zaskwierczały Reibkuchen, placki kartoflane.

12 grudnia. Nie napisałem jeszcze o samoobsługowym antykwariacie bez ścian, przytykającym do jednej z pobliskich kamieniczek i zaopatrzonym tylko w daszek. Są tu książki różnojęzyczne; my kupiliśmy sobie z Anią Lwa Tołstoja po rosyjsku i Hemingwaya po angielsku. Od książek wieje stęchlizną; cóż, na dworze jest wilgotno. Do zapłacenia – ale niewiele, tylko 50 centów od każdego egzemplarza – wzywa tabliczka umieszczona nad szczeliną wlotową w murze kamieniczki.

13 grudnia 2002. Obudził nas rano przerażający zgiełk, bo przyjechała śmieciara po opakowania szklane, które szopinżanie skrupulatnue segregują. Równocześnie przypomniałem sobie, że mija dziś kolejna rocznica ogłoszenia stanu wojennego w Polsce; jest przecież trzynasty grudnia.

Polacy wciąż dzielą siebie na tych, co 21 lat temu poparli rusofila Jaruzelskiego i tych, co go nie poparli. Dziwne są te kontrowersje, zważywszy jak obecnie przebiegają realne podziały w kraju, polityczne, ekonomiczne, kulturalne. Politycznie biorąc, naszym hegemonem jest dziś Ameryka; odniesienia do Rosji (poza obawą przed nią) straciły jak sądzę znaczenie. Ekonomicznie dominuje w Polsce podział na nowobogackich i starobiedaków, by tak rzec (40 procent rodaków wegetuje na granicy przeżycia, w tym większość inteligencji). W kulturze, zwłaszcza w niej, odwoływanie się do toposu „postkomunizm-antykomunizm” w ogóle nie ma sensu, bo wspólnym przeciwnikiem wszystkich kulturalnych ludzi w III RP nie są żadni „postkomuniści”, a raczej rozpanoszone chamstwo – rynkowe, medialno-rozrywkowe, polityczne, wyznaniowe…

Po południu. W nabytej w Münsterze warszawskiej „Polityce” przeczytałem, że Ślązacy zażądali w europejskim Trybunale Praw Człowieka uznania ich za mniejszość narodową. Ciekawe co z tego wyniknie? Swoją drogą (pomyślałem), skoro Ślązacy zabiegają o uznanie ich za mniejszość, dlaczego nie miałaby czegoś analogicznego zrobić polska inteligencja, zepchnięta w III RP na margines? Jesteśmy i pozostaniemy już chyba grupą mniejszościową właśnie, poczuwającą się do wspólnej tożsamości, historii i wyposażoną nawet w odrębny język, „język literacki”.

20 grudnia. O świcie rozmawiamy z Anią o tym, że chętnie dalibyśmy się sklonować i wychowalibyśmy swoje sobowtóry na identycznych jak my kochanków. Nie wiadomo, czy jesteśmy do siebie idealnie dopasowani, wiadomo jednak, że na pewno jesteśmy najmniej niedopasowani spośród tych wszystkich partnerów, których mieliśmy dotąd.

24 grudnia, dzień Wigilii. Dziwna, nie w porę wiosna: jest dzisiaj aż 14 stopni ciepła.

Po śniadaniu ruszyliśmy na spacer wśród silnie parujących łąk; bauerzy powypuszczali na nie krowy, barany i konie, które z hałasem chrupały półzmrożoną (tuż przy gruncie) trawę, przypominającą optycznie kandyzowane zielsko do tortów.

25 grudnia. Ania znowu mocno nostalgiczna. Nie może się doczekać powrotu do Polski. Powtarza to swoje chłopięce: „Chciałem bym już wracać, chciałem bym już wracać”.

22 grudnia 2003. Występ mojej żony w tak zwanym Kaminzimmer, Pokoju Kominkowym. Przyszło sporo osób z miasteczka. Ania do tego stopnia zmobilizowała swoje zasoby językowe, że przedstawiła się po angielsku, wiersze czytała po niemiecku, a z byłymi enerdowcami (są tutaj tacy) porozumiewała się po rosyjsku. Honorarium za występ wyniosło aż 50 euro (równowartość 200 złotych), było więc na poziomie polskim, co bardzo nas rozczuliło.

24 stycznia. I żegnaj, żegnaj już Schöppingen... W ostatniej chwili dobry pan Spiegel dorzucił nam 250 euro, jako zwrot kosztów podróży (którego miało nie być. Do Warszawy pojedziemy autokarem „Eurolines” (z Dortmundu), w którym przymusowo ogląda się głupie filmy z magnetowidu...

  • Dodaj link do:
  • facebook.com