Ostatnio, co zadzwoni Jarek Klejnberg, autor „Cudu nad Wisłą”, tego prawdziwego, książkowego, to zastaje mnie w Karaluchu albo w Adolfie, czy w innym dyskoncie, w Lądku albo w Łodzi, i rozmowa przechodzi na pasztet dziadunia i płaty w zalewie. Jak piszę, to już o sprawach ostatecznych, o sztuce, sensie życia, a jak ktoś chce ze mną pogadać, to nie wiadomo dlaczego akurat dokonuję wyboru między śledziami a pasztetem. Tak naprawdę sens życia nie jest tak bardzo potrzebny jak zmrożony śledź w śmietanie w upał. Upał też jest niepotrzebny. A śledzie mogłoby pływać w oceanie. Z której strony nie spojrzę, brakuje mi sensu bez pisania o braku sensu.
© Grzegorz Strumyk