Przygotowanie do wykładu z wątków żydowskich w romantyzmie polskim, który powinien odbyć się dzisiaj, uzmysławia mi, że toczy mnie jakaś jezuicka pasja — i to z niej wynikają „Autodafe 1-9”, „Niemożliwość Piety” oraz „Prima”, to można powiedzieć: herezja, ale rozpędzona do nienaturalnych prędkości na jezuickim w sensie formalnym i materialnym silniku. Można zapytać, czy Kościół spaliłby na stosie swojego jezuitę, własnego Loyolę? Prawdą jest, że potrafię świetnie regulować ostrość na dowolnych odległościach i potrafię, jak wierzę, wyostrzyć swoją soczewkę, patrząc w dół nawet „sub specie aeternitatis”, ale — moc soczewek nie chroni przed błędem. Brałem siebie za aryjczyka lub nietzscheanistę, jednak jestem jezuitą, oczywiście — nie pierwszym z brzegu — tym bardziej nie kimś ze szczytu w rodzaju Wielkiego Inkwizytora Dostojewskiego. Jestem Augustinem de Barruelem, autorem podstaw teorii żydowskiego konspiracjonizmu — i twórcą antysemityzmu z końca XVIII-ego wieku. Barruel — tak jak ja — był znakomitym racjonalizatorem, a jednocześnie ironicznym, odszczepieńczym racjonalistą. Moim barruelowskim Żydem jest prawdopodobnie — kultura popularna? A może — kultura heteroseksualna? A może — rodzina? Swój jezuityzm może — jednak więc — łączę z nietzscheańskim, tworząc osobliwy model nietzscheańskiego jezuity (postjezuity?) uformowanego przez własny homoseksualizm? Czy nie jest tak, że całą swą inteligencję, podobnie jak Barruel wobec Żydów, wykorzystuję, ażeby stworzyć — żelazny konspiracjonizm przeciw współczesnemu wiekowi, którym, co tu dużo mówić, brzydzę się niczym Barruel — Żydami? Mój konspiracjonizm, skierowany przeciwko tzw. człowiekowi kulturalnemu XXI wieku, głównemu obiektowi moich ataków, często Polakowi — jest więc budowaniem zabójczej siatki pojęć podobnej do antysemityzmu, zatem być może ktoś — w XXIII wieku, w oparciu o antypolski i antyliteracki wymiar „Praktyk”, przygotuje holocaust Polaków, pisarzy, polskich pisarzy i pisarek, przede wszystkim. Czy nie gotuję gruntu pod urojone Shoah Polaków? Piszę to, by się opamiętać, czytając znakomitą książkę Andrzeja Fabianowskiego o Mickiewiczu i świecie żydowskim. Jestem więc jezuitą, który tworzy podstawy systemu dla nowych aryjczyków, a to XVIII wiek, a nie XX? Rozgrzeszałem tu siebie, podejrzewając, że spekuluję w imię własnej abstrakcyjnej wolności, ale w istocie spekulowałem podwalinę opresji, która sama w sobie opresjonująca jeszcze nie była — zaś opresyjną pozostawała? Mam w sobie rys jezuity—fundatora pojęć, nie nazisty—egzekutora — zatem. A więc wszystko — to jednak Naphta, cały wracam do Naphty... Odkrywam to nade wszystko, że jestem XXI—wiecznym Naphtą, niczym więcej, kolejnowiecznym wcieleniem Naphty — usiłuję sprawić, by Settembriniowie spłonęli. Wszyscy, którzy są przeciwko mnie, nawet o tym nie wiedząc: Kącka, Łobodziński, Jarniewicz, Paziński, Bitner, Świerkocki czy Sadzik — to właściwie Settembriniowie: a ja jestem Naphtą... Może to najwyższa pora, by Naphta się nawrócił: może czas wyjść z Jungowskiego cienia Szawła, by zakończyć etap wzniosłego mroku Dziejów Apostolskich? Czas na literaturę Listów Pawłowych?
Wykład o wątkach żydowskich romantyzmu polskiego idzie trudniej niż myślałem, zapisuje się do Polin wyłącznie piątka studentów, wliczając w to niepełnosprawnego Tomka Rudnickiego oraz jego opiekuna. Studenci wydają mi się przerażeni wątkami żydowskimi, zwłaszcza antysemityzmem Krasińskiego. Wiedza, którą pobieram, ażeby do wykładu się przygotować — jest jednak bezcenna. Zaczynam rozumieć głębokie podstawy lęku Wiesława Myśliwskiego, to lęk antyżydowski — lęk przed pismem, czyli Torą i Żydami, lęk Wiesława Myśliwskiego to lęk przed kulturą pisma oraz słowa, tzn. przed tym, co niewypowiedziane, jednak — zapisywalne. I to jest siłą rzeczy lęk przed literaturą, która jest żydowska z głębi, populacja, która jest mniejsza niż promil ludzkości Ziemi, zdobyła więcej niż 10 procent — Literackich Nagród Nobla, mówi Andrzej Fabianowski. Słowo „Izrael” znaczy bijący się z Bogiem, w tym sensie „Praktyki” są izraelskie — a ja walczę o izraelską awangardę literatury pojętej jako słowo, nie mowa. I o izraelski logocentryzm, doskonałe zjednoczenie — mistyki chrześcijańskiej z duchową — w żaden judeochrześcijański kabotynizm, ale w całkowite — metajudeochrześcijaństwo. Współcześnie nie ma w literaturze polskiej nic izraelskiego, tj. również żadnych izraelskich dążeń metaliterackiego zmagania i poszukiwania. Z kolei w wymiarze intelektualnym — jestem wolnomularzem. Postwolnomularzem... U Mickiewicza również tkwiły żywioły żydowski, chrześcijański i hermetyczny, zaś jego chrześcijańscy interpretatorzy naiwnie myślą, że zdołają zdusić pozostałe. Nic z tych rzeczy, egalitaryzm Międzydziedzinowej Szkoły Doktorskiej ma w sobie coś z żydowskich lóż masońskich, w których panowała równość przystępujących doń narodów... Jestem postwolnomularzem w literaturze, ale także postwolnomularzem pracującym na uniwersytecie, mającym wpływ na kształt kształcenia w nowym, innym i głębszym, już nie ortodoksyjnym, tzn. mularskim, a nadortodoksyjnym, nadmularskim charakterze. Nadmularz, ja. W ostrołęckiej farze byłem lektorem przez 20 lat: czytałem lekcje regularnie oraz często od 2000 do 2020 roku — i to właściwie było moje studiowanie Tory z mieszkańcami miasta, członkami parafii farnej — Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny: to były studia w Torze, odbywane z ludem, tym bardziej, że tak wiele razy czytałem Stary Testament... Czy nie o tym jest mój wiersz — pt. „Kazania w Pentling”? Mam w sobie chasydzki stosunek do awangardy literackiej. Miałem szacunek do słowa — jako grzeszny homoseksualista — dokładnie taki sam, jak szacunek grzesznego Żyda do Tory, który używa jadu, by nie dotykać słowa grzesznymi rękami. Dziś widzę te grzeszne ręce nagród literackich, ich jurorów i laureatów. Jestem Jakubem — tak, Jakubem walczącym z Bogiem, w tym zresztą, więc izraelsko-starotestamentalnym, kluczu Fabianowski czyta Wielką Improwizację: jako walkę Jakuba z Bogiem, a nie prometeję — prometejską psychomachię — z ducha grecko-chrześcijańskiego. Jestem Jakubem. Walczę przeciwko aniołowi salonu, walczę z aniołem wieku — o wydarcie mu błogosławieństwa — Jakubem Izraelem.
To symptomatyczne, że swój szacunek do Tory i procesu czytania przechodziłem w samym sercu chrześcijaństwa, rozważając do osiemnastego roku życia, czy zgodnie z wolą bliskich nie powinienem zostać księdzem. Mistyka żydowska to największy, jak myślę — jakiego w ogóle można sobie wyobrazić — wróg konformizmu. Dodam jednak tu jeszcze, przetworzona mistyka żydowska, idiomatyczna mistyka żydowska, postmistyka oraz coś postżydowskiego, właściwie. O każdym autorytecie należy myśleć tak jak Tadeusz Breza myślał o Janie XXIII — on przedostaje się na tron, ale powinny go całkowicie prześwietlać twarze tysięcy kleryków lepszych od niego, którzy się nie przedarli, każdy autorytet więc winien reprezentować lepsze runo Ziemi, które swoją determinacją nieświadomie, ale także świadomie zagłuszył. Ja również wyparłem lepsze runo Ziemi, a ci, którzy wygrywają — wypierają runo takie, jak moje i ludzi podobnych mi — lub ode mnie lepszych. Do głosu dochodzi zawsze gorsze runo Ziemi, ja również jestem jego częścią, skoro posiadam głos, pozostaje to prawem życia, które nie ma niczego wspólnego z jakością oraz doskonałością. Zakończyłem oglądanie „Chętnych na seks” Stevena Conrada, pozostając pod ogromnym wrażeniem całości. Serial w ostatnim odcinku okazał się dramatem ibsenowskim w rodzaju „Heddy Gabler” — tak właśnie powinienem pisać „Mszę”. Uzmysłowiłem sobie przy okazji, że mój celibat wynika też ze strachu przed seksem, po pierwsze: że ten celibat ma ibsenowski charakter, a po drugie: skoro ma ibsenowski charakter, musi być strachem. Strachem przed seksem. Wróćmy mimo wszystko jeszcze do mojej żydowskiej postawy w sercu chrześcijaństwa. Loża winna być zasilana wszystkimi narodami, bo ma być tworem, który będzie się podobał Bogu — mimo własnej grzeszności. Dopiero wtedy możliwe jest naprawianie świata, czyli „tikkun”. Dlatego mój projekt awangardy zakłada, że literatura winna stać się wolnomularskim mikrokosmem, co współcześnie jest nie do zrobienia bez chrześcijaństwa. Literatura ma zostać tworem, który „spodoba się Bogu”, na tej samej zasadzie Mickiewicz chciał tworzyć Sprawę, zapraszając do niej nawet Rosjanina, Michała Bakunina. Dojrzałem, myślę, do czytania Fabianowskiego, który mówi: gdyby dźwignię Archimedesa umieścić w kosmosie, może poruszylibyśmy Ziemię w sensie literalnym — czy nie o to mi chodziło w „Primie”?
Odkrywam zatarte źródła własnej tożsamości — żyjemy na zatartych śladach symboli masońskich i żydowskich, na Hermesie Trismegistosie, tikkunie i minjanach — odkrywam w końcu to w sobie, odkrywam siebie masońsko—żydowskiego i co najlepsze, wydaje mi się, dopiero to zasadniczym momentem — mojego chrześcijańskiego dojrzewania... Wyobraźmy sobie jeszcze jedno — historia nie jest, ale to nie znaczy, że jej nie ma — odbywa się zatem wygrywanie motywów jej obecności: wyobraźmy sobie, że to masoneria tworzy filozofię od podstaw — pierwsi filozofowie przyrody są masonami. Jak bardzo zmieniłby się język oraz doświadczenie, poznanie i przeżycie, gdyby Tales, Anaksagoras oraz Anaksymander byli — wolnomularzami, tworzyli premularstwo. „Mickiewicz, czyli wszystko”. Wyobraźmy sobie podobny patos w innych literaturach narodowych, tyle że od środka, co wpierw musieliby odczuwać Niemcy, by powiedzieć „Goethe, czyli wszystko”, a następnie by mówić już w głębokim frazeologicznym duchu „Goethe, czyli wszystko”. A Anglicy? Mówiąc — „Byron, czyli wszystko”? Czy naprawdę mamy czym się chwalić, powtarzając jako Polacy właśnie „Mickiewicz, czyli wszystko”? Wyobraźmy sobie, że mówimy to przed Duńczykiem, albo Irańczykiem, albo Nigeryjczykiem. To znaczy, że im również dajemy przyzwolenie takiej kwantyfikacji — synonimizowania wszystkiego, wymienialności „salva veritate”, ale — tak po polsku, czyli z pogwałceniem wszystkich zasad filozofii. Bo filozofia jest w Polsce niekiedy branką — „branką do gwałcenia”, kiedy zajdzie taka potrzeba, potrzeba chuci i napadnie nas nasza własna, seksualna „burza rabinowa”. Podstawowy cel filozofii w Polsce więc: „raptus puellae”...
© Karol Samsel