Czuję się tak, jakbym wszystko przehandlował. Przegadał samego siebie, zaszedł samego siebie od tyłu słowem. Alogia, awerbia, afazja. Muszę wrócić do Dostojewskiego, zacznę od obejrzenia „Agonii” Elema Klimowa z 1981 roku, bo uległem w końcu tutaj, w „Praktykach”, swoistej „rasputinizacji”, „rasputinizacji” własnego autotematyzmu. Muszę — zatem — wrócić do swoich rosyjskich źródeł — Klimowa, Dostojewskiego, Tarkowskiego, a polski Mefistofeles musi powrócić do polskiego Rasputina... Czy zatem — chcę literackiej „rasputinizacji” Polski? Chcę wydobyć z gardeł współczesnych feministek i lesbijek tzw. lamenty polskich matron? Chcę wydobyć gramatykę z „niegramatnych”, a może nawet — metagramatykę? Czy nie stajemy się Rosją Zachodu, jeżeli coraz świadomiej używamy w odniesieniu do siebie — wielkich słów: „motłoch”, „chmara”, „bydło” — „szarańcza”. Stajemy się polską szarańczą czerpiącą zapożyczenia z wielkich szarańcz wschodnich. Szarańczy również nie przychodzi nigdy na myśl, że mogłaby stać się ofiarą własnego języka. Może zajrzyjmy pod fundament, czy węgielne i milowe źródła naszego fundacyjnego mitu XXI wieku aby na pewno nie są rosyjskie? Co, jeżeli jesteśmy już dzisiaj bardziej rosyjscy od Rosjan? A nasi księża bardziej przypominają popów niżeli sami popowie? A nasz katolicyzm bardziej przypomina prawosławie niż prawosławie przypomina samo siebie? „A to Rosja właśnie”, „marsz, marsz, Dąbrowski, z ziemi włoskiej do Rosji”, „za Twoim przewodem złączym się z narodem”, „Rosja to wielki zbiorowy obowiązek” itd. Myślę o tym, że w Teatrze Dionizosa w Atenach wystawiany jest kabaret grecki, amfiteatr przyjmuje skecze, stand-upy pojawiają się w Epidauros, w zastępstwie tragedii, „a to Rosja właśnie”, „wielki zbiorowy, rosyjski, obowiązek”. A więc jestem mędrcem i błaznem, ale jeszcze bardziej — jestem chamem i patriarchą, patriarchą-chamem, chamarchą. Rzeźnik-dyplomata, wszak najlepsi dyplomaci są niespełnionymi rzeźnikami i to niespełnienie krwi tworzy pierwotne znaczenie dyplomacji w ogóle... Gdy hołd jest wyrokiem, a wyrok jest hołdem, to znaczy zapada w formie hołdu, w nakładającej się ślubami na ludzi ciszy mogłoby wybrzmieć dostatecznie donośnie — jak się zdaje — tylko jedno metapytanie: jak połączyć Prousta z Rasputinem, jak innymi słowy doprowadzić do tego, ażeby to Rasputin napisał — „W stronę Swanna”? A może Proust — „W stronę Rasputina”? A może Mann? Emigracja wewnętrzna wymaga także uporządkowania, niekiedy jest tak skomplikowana, misterna lub misteryjna wręcz, że domaga się już swojego własnego... ministerstwa spraw wewnętrznych. Jestem swoją własną Dumą. W strukturach własnej Dumy wytwarzam Dumny mikroantykosmos, antymikrokosmos. A więc żyjmy w transie wyparcia, nie ma powodu, potrzeby ani sensu nikogo stąd zbawiać...
A czy jestem również — Rasputinem nauki? Zapewne... Rasputinem nauki polskiej, zwłaszcza — humanistyki. Wygraliśmy w XX wieku z „homo sovieticus”, by w wieku XXI przeobrazić się w „homo russicus”. Współczesna nauka służy sapienizacji zła, sapienizujemy również literaturą — zło, głupotę, ciemnotę, ograniczoność. Współczesna literatura polska przeobraża się w coraz sprawniejszą maszynę sapienizacyjną... Jurorzy najważniejszych nagród literackich w kraju decydują chętnie, co w danym roku sapienizować. Warto więc powołać sapienologię, naukę krytyczną o strategiach sapienizacyjnych obecnych dzisiaj w Europie Wschodniej, Zachodniej, Północnej i Południowej — Polska znajduje się bowiem na przecięciu wszystkich tych strategii. Nie jest więc uwikłana tylko fundacyjnie, a także — mitopodobnie, we wschodnią sapienizację, i w nic więcej... Wręcz przeciwnie, współczesna literatura antysapienizacyjna musi być wszechstronna i odpowiadać na wyzwania — ze wszystkich stron kontynentu, Północy, Południa, Zachodu i Wschodu. Oglądając Klimowa, zastanawiam się nad Polską — co, jeśli jesteśmy w przededniu polskiej rewolucji 1905 roku, może już dzień dzisiejszy to wigilia polskiej rewolucji październikowej? Kim jest polski bolszewik? Czy jestem polskim bolszewikiem? Czy polski bolszewik może być filozofem? Słowo powinno „obrastać” powieść stopniowo w procesie jej tworzenia — stopniowo oraz najlepiej — do wewnątrz. Może do nas ocali od „polskiego bolszewizmu” i od bolszewickich emigracji wewnętrznych. Czego by o nim nie powiedzieć, kult jest kultem — i winien być tak samo podejrzany, gdy dotyczy bolszewika i gdy dotyczy — eremity. Kult to dzieło szatana, religia to też dzieło szatana, jeśli bierze się z kultu, kanon lektur już dziś zostaje zastąpiony kultonem, tak — kultonem lektur: kultonowanie lektur trwa jednak od samego początku — rezultat polskiej dialektyki mefistofelesowskiej doby transformacji.
Gdzie jest więcej Słowianina? W warszawianinie czy w ostrołęczaninie? Nie dość tłumaczyć autotematyzm, ale czasami wystarczy powiedzieć, że to samodzierżawie tekstu, samodzierżawie literatury, a w końcu — samodzierżawie sacrum, a także — samodzierżawie szaleństwa. Więc czystodzierżawie. Może to, co biorę za mistykę dionizyjską w obrębie literatury, którą tworzę — jest mistyką rasputinowską. A więc Rasputin Dionizos, Dionizos Rasputin — Rasputinos. Oto jestem — stoik z transującym kręgosłupem, transer ze stoickim szkieletem: połamać mi kręgosłup czy przetrącić mi szkielet? Czemu nikt nas nie uczy oddychania, gdy tymczasem oddychanie ma cały swój „savoir vivre”? Na czym polega tutaj konwenans oddechowy, a na czym — klasyczny, czysty już z ducha — konoddech? Komizm serio? Tak, komizm na miarę medycyny tybetańskiej, wyobrażam sobie bowiem, że dzisiaj ojczyzną komedii jest... Tybet...
Grzech jest jak kleszcz — da się oderwać od ciała, nim wypije z sumienia całą krew. Bierze się go na siebie, podrywa do góry, tak by pomóc mu się odczepić od najwrażliwszej części. Uzmysławiam sobie, że Rasputin Klimowa jest ruskim anty-„portmanteau” Rublowa Tarkowskiego — to z kolei podsuwa mi na myśl intuicję rusogliny, z której sam zostałem wykonany: jestem „Andriejem Rublowem”, tak jakby go nakręcił Elem Klimow, „Andriejem Rublowem” Elema Klimowa — w przełożeniu na nasze — „Człowiekiem z marmuru” Andrzeja Żuławskiego. Stoję wszystkim w poprzek jak kość w gardle: czy kość w gardle może więc tworzyć literaturę? Klimow dobrze portretuje pasję Rasputina. Wyobrażam sobie jednak i Wyspiańskiego piszącego rapsod „Rasputin”, przedstawiającego go jak Kazimierza Wielkiego oraz Bolesława Śmiałego. Caryca Maryja, ukoronowanie carycy Maryi na Carycę Nieba i Ziemi... Bo oto panuje nad nami Caryca, zaś Chrystusa porodziła w Betlejem Katarzyna Wielka, listy apostolskie do Tesaloniczan i Kolosan, listy do Rzymian — pisał z kolei Piotr Wielki, czyli Apostoł Narodów. Ale to właśnie esencja duszy Rosji, Rublow to Rasputin, Rasputin to Rublow. Poza tym Agonia jest bardzo bergmanowska, nasuwa mi skojarzenia z „Szeptami i krzykami”. Z wiekiem dochodzę do wniosku, że siły filozofii to siły Opatrzności, moce literatury zaś to moce Ducha Świętego. Wszystkie powieści są w takiej sytuacji — archisyntezą powszechnej woli zbawczej, efektem powszechnej woli zbawczej, zwłaszcza powieści totalne... Właśnie w znaczeniu tego rodzaju, w tak pojętym autotematyzmie, Tokarczuk proponuje zupełną — decharyzmię, następnie antycharyzmię, wypowiadając w ten sposób wojnę wszystkim literackim charyzmatykom. Przystawić pijawki, by wypiły, co trzeba i osuszyły bagno, mówi Klimow w ostatnich minutach „Agonii”. „Rasputin” Felliniego — z kolei Aleksiej Petrenko w zastępstwie Donalda Sutherlanda, a „Casanova” — Klimowa. Albo też „Casanova” Tarkowskiego. Moim żywiołem jest ogień, ogień oznacza intertekstualność oraz ognistą intertekstualność, metamorficzną — i transformiczną — dzięki ogniowi...
© Karol Samsel