nowości 2026

Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo

Maria Jentys-Borelowska Moja Eliza

Konrad Liskowacki Pomurnik

Tomasz Majzel Święty spokój

Anna Maria Mickiewicz Po Sokratesie. Wiersze nie tylko filozoficzne

Gustaw Rajmus Angst

Karol Samsel Autodafe 9

Krzysztof Wacławiec W Pasie Oriona

książki z 2025

Maria Bigoszewska Gwiezdne zwierzęta

Jan Drzeżdżon Rotardania

Anna Frajlich Pył [wiersze zebrane. tom 3]

Tomasz Hrynacz Corto muso

Jarosław Jakubowski Żywołapka

Wojciech Juzyszyn Efemerofit

Bogusław Kierc Nie ma mowy

Andrzej Kopacki Agrygent

Zbigniew Kosiorowski Nawrót

Kazimierz Kyrcz Jr Punk Ogito na grzybach

Artur Daniel Liskowacki Zimno

Grażyna Obrąpalska Poprawki

Jakub Michał Pawłowski Agrestowe sny

Uta Przyboś Coraz

Gustaw Rajmus Królestwa

Rafał Sienkiewicz Smutny bóg

Karol Samsel Autodafe 8

Karol Samsel Cairo Declaration

Andrzej Wojciechowski Nędza do całowania

NOTES [PRAKTYKI] — lipiec 2026 [2]

2026-08-26 11:46

Moja ucieczka w lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte XX wieku jest właściwie — emigracją wewnętrzną, ucieczką z manowców dyskursów do rzekomego centrum. Można złośliwie powiedzieć, że w moim Soplicowie (centrum polszczyzny, prawda?) mieszkają Andrzej Żuławski, Jerzy Andrzejewski, Andrzej Wajda, Czesław Miłosz, Zbigniew Herbert. Bardzo wcześnie, już w wieku dwunastu lat, w momencie śmierci Herberta, na emigrację podobnego rodzaju się zdecydowałem — ale owszem, rzadko zdarza się tak, by emigrował dwunastolatek, mało tego — dwunastolatek dojrzewający seksualnie i odkrywający własny homoseksualizm, był to jednak mój przypadek. Pamiętam, jak czytałem Barbarę Skargę, „Kwintet metafizyczny” oraz oglądałem w telewizji Leszka Kołakowskiego, „O co nas pytają wielcy filozofowie”? Dziś uzmysławiam sobie z całą mocą, że jestem ich potomkiem, zaś „Praktyki” przypominają „Kwintet metafizyczny” i mają w sobie klimat krytycyzmu Leszka Kołakowskiego oraz intertekstualność Barbary Skargi. Jestem — z zachowaniem wszelkich proporcji (chociaż może nigdy ich nie zachowywałem, może definiuje mnie brak, zupełny brak... zachowywania jakichkolwiek proporcji), Skargą FB i Kołakowskim FB... Choć brzydzę się ewangelizacją i jestem od lat świadomym antyewangelizatorem, usiłuję czynić „metaphysical media” w zastępstwie „social media...”. Czas najwyższy, aby napisać pierwszą social-Ewangelię, stworzyć Ewangelię w funkcji performatywnej. Nasza olimpijska mowa przypomina muzykę Beethovena puszczaną krowom, ażeby dawały — więcej mleka dobrej jakości. Nasz parnasizm dobrze się przyjmuje wśród robotnic i wpływa na jakość pracy — wyłącznie z tego powodu państwo pozwala nam parnasistami pozostawać...

Żyjemy w czasach ultraduchowych, w których ignoruje się nowe „Boskie komedie”, natomiast z „Opowieści wigilijnych” czyni, co najmniej, piąty element świata... To również mistycyzm: można do niego zatrudnić Dickensa, a nie Dantego — oczywiście, tym niemniej nasze wybory więcej mówić będą o nas niż o nich. O naszej ultraduchowości, nie ich, ultraduchowości współczesnych — „ultrasów-pisarzy” i „ultrasek-pisarek”. Cała ultrasowa literackość roku 2026 jest pochodną naszej religijności. Tak czy inaczej, jak za Conradem mówi Dąbrowska, „można być zbyt tępym, by, po prostu, czuć, że jest się napastowanym przez mroczne potęgi”. Nic w tym dziwnego zatem, że czyta się „Biesy wigilijne”, a więcej emocji wzbudza Ebenezer Scrooge, aniżeli Nikołaj Stawrogin. To znakomity dowód na to, jak „wypięknieliśmy” — Scrooge jest naszym Stawroginem, a Stawrogin — Scroogem. Nikomu niepotrzebny Dostojewski — jest naszym Christopherem Nolanem, Nolan jest naszym Dostojewskim: wspomnienia z domu umarłych zastąpiliśmy pamiętnikiem aniołów — z wakacji... Również taki wakacyjny oniryzm — znamy, lubimy, a także uprawiamy. Pedro Calderón de la Barka, „Wakacje snem”... Świat jest daczą... Mało tego, kosmos jest daczą stworzoną dla naszej zabawy...

Intuicja nakazuje mi działać od lat bez jakiejkolwiek zabudowy literackiej dla idei. Owszem, mówię tutaj aż nazbyt wiele o tym, jak istotny jest podstęp, podstęp nie miałby jednakże sensu bez celnej intuicji, która go organizuje i ukierunkowuje, to intuicja jest — napędem podstępu. W tej sytuacji na żart zakrawa to, że dramat sumienia postanowiliśmy rozwiązać przy pomocy „opowieści wigilijnych”. Naprawdę uważamy, że to byłoby — tak chytre? A może zmyślne? To raczej jest żołdackie, to żołdackie żarty — opowieść wigilijna, nasza epika żołdacka, „boski rozumie, nie oszczędzaj nikogo”, gadzia literatura, gadzi świat — bo czy nie żyjemy w warsztacie pokrytym łuską, w rozumie pokrytym łuską, w umyśle pokrytym łuską, słowie — pokrytym łuską — sami stajemy się ofiarą genodermatologicznej pułapki na myszy, którą wystawialiśmy w latach 90. XX wieku na innych. Literatura to rzeczywistość, do której jak najszybciej należałoby odmówić dostępu filologom, a nawet logistom i logocentrystom. Niestety, straciłem wiarę w komentatorów. Dlatego apeluję — piszmy z „łuską antyfilologiczną”, trzeba pisać antyfilologicznie, czym prędzej zastawiać pułapki na interpretatorów, na demagointerpretację i demagointerpretanty. Czy możemy powołać demagologię w literaturze? Pisać powieści czujniej? Tworzyć pisarstwo demagologiczne w Polsce?
Przychodzą mi na myśl dwaj Stanisławowie, którym chciałbym wyprawić „całkiem nowe Genesis”: Stanisław Wyspiański i Brzozowski... Powiedzmy, że Wyspiański żyje do 1953 roku i pisze dramaty o Bierucie oraz Stalinie, pojawia się również na „prawach specjalnych” (podobnie jak miasto na prawach powiatu) w „Zniewolonym umyśle”. Pisze odpowiedź na Zniewolony umysł, podobną do „Odpowiedzi na »Psalmy przyszłości«”, określa swój utwór „Odprawą »Zniewolonego umysłu«”. Stanisław Brzozowski z kolei żyje do 1969 roku, więc umiera w wieku 91 lat: żywo sprzeciwia się między innymi „Innemu światowi” Gustawa Herlinga-Grudzińskiego oraz potępia wszystkie inicjatywy Giedroycia. Próbuję stworzyć „stasis” literatury, owszem, ale nie mogę zapominać, że nieważne, jak barokowo pomyślałbym własną apokatastazę, będzie — tylko emigracją wewnętrzną. Wiem dobrze, że jestem mistrzem, może arcymistrzem dionizyjskich emigracji wewnętrznych — jak jednak zmienić je w ekstatyczną migrację, więc nieskrępowany niczym ruch w to i z powrotem — mówimy raz tak, raz odwrotnie, mistyczne imigranctwo, mistyczne migranctwo — ale jak uczynić z emigracji wewnętrznej wieczny ruch zewnętrze-wnętrze? Czy ekstaza ma stać się entazą? W tym rzecz — jestem dionizyjski, a zarazem — poczytalny, reprezentuję dionizyjską poczytalność, dlatego mogę tutaj mówić zarówno o ekstazie, jak i o entazie. Poczytalny Dionizos, poczytalny dionizyjczyk, trochę tak, jak niewierzący Chrystus i szpetny Apollo. Myślę o wieczności ich wszystkich reagujących wzajemnie na siebie naraz w sposób, który uniemożliwiałby całą historię literatury — to emigracja wewnętrzna w masce apokatastazy. Wyobraźmy sobie więc, że pisarze polscy są nieśmiertelni i istnieją w równoczesności — to katabaza, która jest antybazą. Wszystko we wszystkim jest ze sobą w kontakcie — a nieskończoność to bezwyjątkowa styczność myśli „myślącej samą siebie”: „the self-talk”, który jest „the self-thought”... Jest „the self-thoughtem”... „Pisarze jak bogowie”, można by rzec — najwyraźniej bowiem (co jest całkowicie chorobliwe), sytuację literacką — postrzegam jako sytuację mitologiczną. Jestem Andriejem Rublowem literatury polskiej widzianej w czasie, jednak już nie w historii... Ostateczna pokusa, która zwiodła wszystkich: pragnienie, żeby objąć wszystko jednym okiem: wielki wyraz całkowicie ostatecznej słabości charakteru, dopiero docierającego do źródeł zrozumienia swej nieoczywistej potęgi. Pycha szacunku. Entropia szacunku.

Nie mylmy głębi z misternością, misterność nie daje misterium, łatwo pomylić — misterność i misteryjność, a misterność misteryjności nie zwiastuje niczego dobrego. To pułapki, które czyhają na autora takiego, jak autor „Praktyk” — jak również nadmierna detaliczność, bowiem ta — jeśli źle poprowadzona — staje się równią pochyłą minoderii. Detaliczność i misterność to dwa ważne zagrożenia procesu twórczego, są — retorycznymi pułapkami, mistyfikacyjnym „błędnym kołem” całego epickiego zeznania. Właśnie z tych powodów chciałbym zwrócić uwagę na degeneratywny charakter poetyki, estetyki, a nawet degeneratywny charakter metafizyki, jeżeli pojmujemy ją tylko retorycznie — lub jesteśmy metafizykami wyłącznie z naszego stylistycznego podpisu. To, co genezyjskie, jest jedynie metaforą i ukrywa to, co generyjskie, co może się regenerować oraz degenerować — czas, przestrzeń, historię, naturę. Poezja to w najczęstszym wypadku wymiana metafor, które posiadały odsłaniający charakter, na metafory zasłaniające, literatura zasłonowa wyparła literaturę odsłonową, co więcej, występuje w przebraniu odsłonowej, przebiera własne — „zasłaniające” mechanizmy tak, by wyglądały na „odsłaniające”. Nazywamy to niekiedy „patternicity”, to także angielskie określenie na apofenię. Dlatego chciałbym powiedzieć, że żyjemy dzisiaj w epoce narastających „texticity and significancity”: z tego biorą się książki wygrywające najważniejsze nagrody literackie w tym kraju.

© Karol Samsel