Myślę też o tym, co mówi Marcin — że filozofowie zawiedli, za ich sprawą kultura nabawiła się lęku przed myśleniem — za sprawą takiego Nietschego, powiedzmy. Ale mimo wszystko lękowi nie wolno dać się sparaliżować — historia filozofii również wyciąga takie wnioski, jakie należy — wyposaża dziedzinę w narzędzia pozwalające przezwyciężyć błąd filozofii pojemnych — czymś takim były fenomenologia i hermeneutyka. Proszę sobie tutaj tylko wyobrazić, jak wyglądałaby filozofia Nietzschego, więc — „Narodziny tragedii z ducha muzyki”, gdyby istniały już fenomenologia jako filozofia i hermeneutyka jako interpretacja. Załóżmy, że ktoś przedstawiłby podstawy fenomenologii w 1830 roku, z kolei wykładu hermeneutyki udzielił w 1860 roku. Albo wyobraźmy sobie, że fenomenologia, a także hermeneutyka powstają w 1750 roku — i pod ich wpływem, z uwzględnieniem całej ich wrażliwości zastrzegającej spekulację — pisze Hegel. To samo można powiedzieć także o kolejnych wiekach — Jung, na przykład, brzmiałby dużo lepiej, gdyby był artykułowany — dopiero w 2150 roku, nie w 1950 roku. Historia filozofii uczy się na swoich błędach, tych natomiast ma wiele z racji odwagi myślenia — tym więcej może konkludować o sobie. Zaś: skoro myśl jest czymś całkowicie pierwotnym, kosmicznym — i była na początku — to jest oczywiste, że może sprowadzać zarówno zbawienie, jak i zagładę — Chrystus-Lucyfer, to pojęcie Tadeusza Micińskiego świetnie do Myśli pasuje. Wywołała Auschwitz, to prawda, jednak mamy tylko ją — i to ona jest kosmosem, bo — myślenie jest Bogiem i Bóg jest myśleniem, lepiej skierować się do jej presokratycznych sił niż z lęku przed nią — dać się sprowadzić do AI-Auschwitz. Nie mamy nic innego poza myślą, a myśl to „powietrze”, „obosieczne powietrze”, którym żyjemy, może nas zatruć lub ożywić. Nie zmienia to faktu mojego rozumienia dokonujących się przemian społecznych oraz politycznych — mam, po prostu, poczucie, że więcej czynię i trwale buduję grunt, kiedy jestem metafizykiem, a nie socjalistą... Jan Bończa-Szabłowski nazwał mnie, kończąc nagranie o „Cairo Declaration”, rewolucjonistą.
Nasza literatura jest wypadkową bóstw, które nam sprzyjają oraz bóstw, które nam szkodzą... W geście Tokarczuk, by odrzucić powieść totalną, widać dokładnie, że bóstwa szkodzące jej twórczości wzięły w końcu górę nad bóstwami, które jej sprzyjały. Odysowi sprzyjała Atena, szkodził zaś Posejdon, stąd swoim powrotem do Itaki Odys wypowiedział Posejdonowi wojnę. Jego życie i jego literatura spełniły się między Ateną a Posejdonem. Dokładnie tak samo rozgrywają się moje życie i moja literatura, ja również jestem między swoimi Ateną i Posejdonem, teraz — gdy Prima staje się przedmiotem starań — podejmuje życzliwie całe moje życie Atena, z kolei — gdy nie mam żadnych perspektyw, a mimo to wiosłuję do przodu — napotykając Kirke, Kalipso, syreny — to znaczy wydaję, chociażby z resztek zarobionych pieniędzy kolejne części „Autodafe”, działam z cieniami Posejdona na policzku. Tylko politeizm wyjaśnia dialektykę naszego losu, jest w tym coś zodiakalnego, jakbym mówił, że sprzyja mi Lew, a grodzi moje działania, powiedzmy, Koziorożec. Do przeświadczenia podobnego rodzaju trzeba politeizmu, a przynajmniej czegoś, co może — określiłbym katolicyzmem zodiakalnym. Swój okres niewoli u Kalipso odsłużyłem dość intensywnym, choć krótkim alkoholizmem (piwo było moimi kwiatami lotosu), a „Praktyki”, istotnie, są rzezią zalotników mojego życia. Z wiekiem dochodzę do wniosku, że niestety monoteizm nie tłumaczy wystarczająco kosmicznego uwikłania człowieka, dlatego także — ratunkiem staje się dla nas albo panmonoteizm, albo polimonoteizm. W tym widzę sens mistycznego oglądania „Odysei” przez katolików. Zresztą to katolicy posiadają najwięcej cech zalotniczych. Adaptacja Nolana jest bardzo campbellowska. I bardzo jungowska, Itaka jest Cieniem Odyseusza. Nie chce do niej wracać, w pewnym sensie powrót do Itaki będzie — powrotem do trzewi bestii.
Oczekując na siostrę, czytam o „Nocy listopadowej” Wajdy. „Wajda jest człowiekiem szybkich decyzji, z których niejedna”, pisze Maciej Karpiński, „umożliwiła rozstrzygnięcie problemów na pozór nie do rozwiązania i to w taki sposób, że wyjście to wydaje się potem jedynie możliwym, i co więcej, dziecinnie prostym”. Tak, to jest właśnie ten spryt Odysa — Wajda był Odyseuszem, a Żuławski — Agamemnonem. Żuławskiego uśmiercono, Wajda — widać to dobrze po latach — uśmiercić się nie dał. W walce z kulturą, która jest i Scyllą, i Charybdą, i Kirke, i Kalipso, trzeba być Odyseuszem. Drugie imię twórcy kultury — to podstęp... I to jest podstęp z ducha odysei. Ale o co jeszcze idzie w tym imperatywie, że geniusz, by przetrwać, musi być człowiekiem szybkich decyzji? Chodzi o to, aby nie hamletyzować, nie przefilozofować swojej szansy. Nieważne, jak długo będziemy — naszą doskonałość — wypracowywać, całość będzie nieporozumieniem i interpretacja dopiero wypełni to nieporozumienie gładzizną — nie ukrywajmy, będzie to interpretacja na naszą korzyść... Dlatego nikt nie jest tak dobry, jak o nim mówią, a równocześnie nikt nie jest tak fatalny, jak o nim mówią. Eliza Kącka nie jest również tak dobra ani tak zła, jak o niej w Warszawie i poza nią się rozgłasza. Mówienie o niej to gładzizna, cały salon warszawski gładzizną tą żyje — stołuje się u Kalipso, można powiedzieć. Karpiński pisze otwarcie o „poetyckim zakalcu” „Nocy listopadowej”: teatrolog ma obowiązek mówić wszak prawdę o dramacie, winny jest to reżyserowi, którego „pracę na materiale” właściwie powinien — ocenić... Nie obchodzą go literaturoznawcze „cum grano salis”, nawet jeśli jest mowa o kimś takim, jak Wyspiański, ma zobowiązania wobec inscenizatorów, dużo ważniejsze i o wiele bardziej zasadnicze.
© Karol Samsel