nowości 2026

Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo

Maria Jentys-Borelowska Moja Eliza

Konrad Liskowacki Pomurnik

Tomasz Majzel Święty spokój

Anna Maria Mickiewicz Po Sokratesie. Wiersze nie tylko filozoficzne

Gustaw Rajmus Angst

Karol Samsel Autodafe 9

Krzysztof Wacławiec W Pasie Oriona

książki z 2025

Maria Bigoszewska Gwiezdne zwierzęta

Jan Drzeżdżon Rotardania

Anna Frajlich Pył [wiersze zebrane. tom 3]

Tomasz Hrynacz Corto muso

Jarosław Jakubowski Żywołapka

Wojciech Juzyszyn Efemerofit

Bogusław Kierc Nie ma mowy

Andrzej Kopacki Agrygent

Zbigniew Kosiorowski Nawrót

Kazimierz Kyrcz Jr Punk Ogito na grzybach

Artur Daniel Liskowacki Zimno

Grażyna Obrąpalska Poprawki

Jakub Michał Pawłowski Agrestowe sny

Uta Przyboś Coraz

Gustaw Rajmus Królestwa

Rafał Sienkiewicz Smutny bóg

Karol Samsel Autodafe 8

Karol Samsel Cairo Declaration

Andrzej Wojciechowski Nędza do całowania

NOTES [PRAKTYKI] — lipiec 2026 [3]

2026-09-09 11:36

Myślę też o tym, co mówi Marcin — że filozofowie zawiedli, za ich sprawą kultura nabawiła się lęku przed myśleniem — za sprawą takiego Nietschego, powiedzmy. Ale mimo wszystko lękowi nie wolno dać się sparaliżować — historia filozofii również wyciąga takie wnioski, jakie należy — wyposaża dziedzinę w narzędzia pozwalające przezwyciężyć błąd filozofii pojemnych — czymś takim były fenomenologia i hermeneutyka. Proszę sobie tutaj tylko wyobrazić, jak wyglądałaby filozofia Nietzschego, więc — „Narodziny tragedii z ducha muzyki”, gdyby istniały już fenomenologia jako filozofia i hermeneutyka jako interpretacja. Załóżmy, że ktoś przedstawiłby podstawy fenomenologii w 1830 roku, z kolei wykładu hermeneutyki udzielił w 1860 roku. Albo wyobraźmy sobie, że fenomenologia, a także hermeneutyka powstają w 1750 roku — i pod ich wpływem, z uwzględnieniem całej ich wrażliwości zastrzegającej spekulację — pisze Hegel. To samo można powiedzieć także o kolejnych wiekach — Jung, na przykład, brzmiałby dużo lepiej, gdyby był artykułowany — dopiero w 2150 roku, nie w 1950 roku. Historia filozofii uczy się na swoich błędach, tych natomiast ma wiele z racji odwagi myślenia — tym więcej może konkludować o sobie. Zaś: skoro myśl jest czymś całkowicie pierwotnym, kosmicznym — i była na początku — to jest oczywiste, że może sprowadzać zarówno zbawienie, jak i zagładę — Chrystus-Lucyfer, to pojęcie Tadeusza Micińskiego świetnie do Myśli pasuje. Wywołała Auschwitz, to prawda, jednak mamy tylko ją — i to ona jest kosmosem, bo — myślenie jest Bogiem i Bóg jest myśleniem, lepiej skierować się do jej presokratycznych sił niż z lęku przed nią — dać się sprowadzić do AI-Auschwitz. Nie mamy nic innego poza myślą, a myśl to „powietrze”, „obosieczne powietrze”, którym żyjemy, może nas zatruć lub ożywić. Nie zmienia to faktu mojego rozumienia dokonujących się przemian społecznych oraz politycznych — mam, po prostu, poczucie, że więcej czynię i trwale buduję grunt, kiedy jestem metafizykiem, a nie socjalistą... Jan Bończa-Szabłowski nazwał mnie, kończąc nagranie o „Cairo Declaration”, rewolucjonistą.

Nasza literatura jest wypadkową bóstw, które nam sprzyjają oraz bóstw, które nam szkodzą... W geście Tokarczuk, by odrzucić powieść totalną, widać dokładnie, że bóstwa szkodzące jej twórczości wzięły w końcu górę nad bóstwami, które jej sprzyjały. Odysowi sprzyjała Atena, szkodził zaś Posejdon, stąd swoim powrotem do Itaki Odys wypowiedział Posejdonowi wojnę. Jego życie i jego literatura spełniły się między Ateną a Posejdonem. Dokładnie tak samo rozgrywają się moje życie i moja literatura, ja również jestem między swoimi Ateną i Posejdonem, teraz — gdy Prima staje się przedmiotem starań — podejmuje życzliwie całe moje życie Atena, z kolei — gdy nie mam żadnych perspektyw, a mimo to wiosłuję do przodu — napotykając Kirke, Kalipso, syreny — to znaczy wydaję, chociażby z resztek zarobionych pieniędzy kolejne części „Autodafe”, działam z cieniami Posejdona na policzku. Tylko politeizm wyjaśnia dialektykę naszego losu, jest w tym coś zodiakalnego, jakbym mówił, że sprzyja mi Lew, a grodzi moje działania, powiedzmy, Koziorożec. Do przeświadczenia podobnego rodzaju trzeba politeizmu, a przynajmniej czegoś, co może — określiłbym katolicyzmem zodiakalnym. Swój okres niewoli u Kalipso odsłużyłem dość intensywnym, choć krótkim alkoholizmem (piwo było moimi kwiatami lotosu), a „Praktyki”, istotnie, są rzezią zalotników mojego życia. Z wiekiem dochodzę do wniosku, że niestety monoteizm nie tłumaczy wystarczająco kosmicznego uwikłania człowieka, dlatego także — ratunkiem staje się dla nas albo panmonoteizm, albo polimonoteizm. W tym widzę sens mistycznego oglądania „Odysei” przez katolików. Zresztą to katolicy posiadają najwięcej cech zalotniczych. Adaptacja Nolana jest bardzo campbellowska. I bardzo jungowska, Itaka jest Cieniem Odyseusza. Nie chce do niej wracać, w pewnym sensie powrót do Itaki będzie — powrotem do trzewi bestii.

Oczekując na siostrę, czytam o „Nocy listopadowej” Wajdy. „Wajda jest człowiekiem szybkich decyzji, z których niejedna”, pisze Maciej Karpiński, „umożliwiła rozstrzygnięcie problemów na pozór nie do rozwiązania i to w taki sposób, że wyjście to wydaje się potem jedynie możliwym, i co więcej, dziecinnie prostym”. Tak, to jest właśnie ten spryt Odysa — Wajda był Odyseuszem, a Żuławski — Agamemnonem. Żuławskiego uśmiercono, Wajda — widać to dobrze po latach — uśmiercić się nie dał. W walce z kulturą, która jest i Scyllą, i Charybdą, i Kirke, i Kalipso, trzeba być Odyseuszem. Drugie imię twórcy kultury — to podstęp... I to jest podstęp z ducha odysei. Ale o co jeszcze idzie w tym imperatywie, że geniusz, by przetrwać, musi być człowiekiem szybkich decyzji? Chodzi o to, aby nie hamletyzować, nie przefilozofować swojej szansy. Nieważne, jak długo będziemy — naszą doskonałość — wypracowywać, całość będzie nieporozumieniem i interpretacja dopiero wypełni to nieporozumienie gładzizną — nie ukrywajmy, będzie to interpretacja na naszą korzyść... Dlatego nikt nie jest tak dobry, jak o nim mówią, a równocześnie nikt nie jest tak fatalny, jak o nim mówią. Eliza Kącka nie jest również tak dobra ani tak zła, jak o niej w Warszawie i poza nią się rozgłasza. Mówienie o niej to gładzizna, cały salon warszawski gładzizną tą żyje — stołuje się u Kalipso, można powiedzieć. Karpiński pisze otwarcie o „poetyckim zakalcu” „Nocy listopadowej”: teatrolog ma obowiązek mówić wszak prawdę o dramacie, winny jest to reżyserowi, którego „pracę na materiale” właściwie powinien — ocenić... Nie obchodzą go literaturoznawcze „cum grano salis”, nawet jeśli jest mowa o kimś takim, jak Wyspiański, ma zobowiązania wobec inscenizatorów, dużo ważniejsze i o wiele bardziej zasadnicze.

© Karol Samsel