nowości 2026

Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo

Maria Jentys-Borelowska Moja Eliza

Konrad Liskowacki Pomurnik

Tomasz Majzel Święty spokój

Anna Maria Mickiewicz Po Sokratesie. Wiersze nie tylko filozoficzne

Gustaw Rajmus Angst

Karol Samsel Autodafe 9

Krzysztof Wacławiec W Pasie Oriona

książki z 2025

Maria Bigoszewska Gwiezdne zwierzęta

Jan Drzeżdżon Rotardania

Anna Frajlich Pył [wiersze zebrane. tom 3]

Tomasz Hrynacz Corto muso

Jarosław Jakubowski Żywołapka

Wojciech Juzyszyn Efemerofit

Bogusław Kierc Nie ma mowy

Andrzej Kopacki Agrygent

Zbigniew Kosiorowski Nawrót

Kazimierz Kyrcz Jr Punk Ogito na grzybach

Artur Daniel Liskowacki Zimno

Grażyna Obrąpalska Poprawki

Jakub Michał Pawłowski Agrestowe sny

Uta Przyboś Coraz

Gustaw Rajmus Królestwa

Rafał Sienkiewicz Smutny bóg

Karol Samsel Autodafe 8

Karol Samsel Cairo Declaration

Andrzej Wojciechowski Nędza do całowania

NOTES [PRAKTYKI] — maj 2026 [4]

2026-07-22 11:55

„Starczy spojrzeć na takie prace, jak „Przesłuchanie anioła” (1962), „Czarny krajobraz” (1974), „Niobe” (1961), „Niobe z czarnego pożaru” (1974), by się przekonać, że zyskują swój konkretny, dramatyczny wyraz właśnie dzięki palącym się świecom”, stwierdza w książce o Hasiorze Figzał-Janikowska. Bardzo to działa na wyobraźnię, zwłaszcza jeśli pamięta się dobrze powierzchnię rzeźb takich, jak „Przesłuchanie anioła” czy „Niobe”. Światło świecy to słowo, odsłaniająco-zakrywające — powierzchnię, która nie należy do niej — subtelność jest potrzebna tutaj bezwzględnie, bo bez niej ogień strawi rzeźbę, subtelność jest więc także warunkiem doświadczenia. Najlepsze w mojej twórczości jest to, że światło świecy, które wspina się po rzeźbie Hasiora jest dla mnie podwójnym znaczeniem. Po pierwsze — znaczy słowo poetyckie, którego używam. Po drugie — znaczy czytelnika. Gdy światło robi to, co należy do niego, więc robi to najlepiej — jest jednym i drugim — słowem i czytelnikiem, i czytelnikiem, i słowem. Czytelnik „Autodafe 9” jest światłem świecy wdrapującym się po „Przesłuchaniu anioła” Władysława Hasiora. Jak ironia romantyczna wyraża się w muzyce dziewiętnastego wieku? Jak wyraża się — „ante rem”, oczywiście — w muzyce XVIII wieku? Sprawy powinny się mieć zupełnie odwrotnie — powinniśmy mieć polską Elfriede Jelinek, jednak nie mieć w ogóle Olgi Tokarczuk, a Niemcy powinni mieć niemiecką Tokarczuk, jednak nie mieć w ogóle — Jelinek. Czytając Krasznahorkaiego dalej („Szatańskie tango”) — uzmysławiam sobie, że literatura rozpieszcza i demoralizuje współczesnego czytelnika i właśnie za jej sprawą przede wszystkim nabiera on niechęci do całego wtajemniczającego doświadczenia związanego z czystą bezinteresownością antyliteratury. To literatura, zatem, pozostaje podstawą i źródłem antypedagogiki w kulturze. Tak samo religia — jest oznaką demoralizacji, a herezja — symptomem moralnego zdrowienia... Jednym słowem, literatura, religia i kultura — to przede wszystkim antypatyczna fanfaronada — to antyliteratura — oraz antyreligia — oraz antykultura są prawdziwie ujmujące i rzeczywiście stanowcze, naraz, głęboko tkwiąc w jakimś istotnym zmieszaniu... Chodzi mi o rodzaj „portmanteau”, tyle że zaistniewającego naraz w literaturze i w rzeczywistości. A skoro literatura jest zabiegiem kompensacyjnym, niech nie będzie kosmetycznym, skoro ma być zastępczym polem walki, błagam, nie róbmy z niej śniadania na trawie... Nie przyświeca moim myślom Bóg Mars — jednak jestem na tyle rozsądnych, by nie słuchać podszeptów diabła współczesnego, ale i niewspółczesnego — diabła pacyfizmu...

Środowe fizjoterapia oraz psychoterapia wreszcie pozwalają mi się rozluźnić: wpierw rozluźnia mi się szczękę, następnie rozluźnia mi się umysł: w końcu czuję się — odrobinę lepiej... Uzmysławiam sobie, jak bardzo liberalna Warszawa zdominowana jest postklasycyzmem, jak bardzo przywiązała się do swojego postklasycystycznego kostiumu, który powoli staje się jej koszulą Dejaniry. Moją koszulą Dejaniry są „Praktyki” — jednakże jestem w momencie zrzucania ich z siebie — jest maj, najpóźniej we wrześniu będzie po wszystkim. Kończę oglądanie „Pianistki”. Mam kompleks Isabelle Huppert. Skoro latami bawiono się moim kosztem, czas tę zabawę zmienić w poważną rozgrywkę o wszystko. Zrobię z tej zabawy, z tych dworskich zabaw moim kosztem — misterium... Oglądam u Hanekego scenę seksu oralnego niezakończonego wytryskiem. Z wiekiem doceniam wartość powietrza i ciepła, nierzadko przedkładając tlen nad ogień i wodę. Najlepsze i najbardziej monumentalne powieści mają właśnie powietrzny charakter. To nie moja wina, że literatura polska i religia polska zna tylko fen oraz bryzę i nie ma żadnego pojęcia o samumach i monsunach — cyrkulacji pasatowej powieści nie można tłumaczyć na fenach i bryzach, bo to kłamstwo. Niestety, na tym kłamstwie oparła się cała polska poetologia, biorąc za wzór „Poetykę” Arystotelesa, która jest też kłamliwa, tak jak całe podstawy literaturoznawstwa w Polsce. Literatura to „Ubiquitas Litterae”, czyli „Ubiquitas De”i, tzw. wszechobecność ciała Chrystusowego, tu zaś wszechobecność ciała Literackiego. Wiąże się to z ekspansją tego wszystkiego, co mam także w „Praktykach”, masturbacji, izolacji i mistyki w spokojnym klimacie powietrza oraz ciepła, które ostatecznie jednak dadzą coś kontrapozycjonalnego, czyste samum. Paraseksualne formy literatury mogą być „źródłem czystości wyrazu” — w obrębie Niewyrażalnego. Czy „Prima” jest w klimacie „Fabryki Absolutu” Karela Čapka z 1922 roku? Czyli, więc — napisałem polską — „Továrna na absolutno”? Odbijam się od powierzchni myśli sprężystych dla mnie co najmniej tak, jak powierzchnie trampolin i dopiero po „odbiciu” (właśnie ono jest dla czytelnika najbardziej kontrowersyjne, ale i najbardziej atrakcyjne) podążam ścieżką zupełnie autorskiego filozofowania... Biada tym, którzy bawili się moim kosztem — takich, jak ja nie dotyka się nawet w rękawiczkach... Wybrałem nieczystość, by znaleźć źródła czystości wszelkiego wyrazu. Wybrałem nieczystość i znalazłem źródła czystości wyrazu...

Bulwersująca poznańska wypowiedź Olgi Tokarczuk przeciwko — jak to ujmuje — powieściom „dużym i wymagającym”, pełna sceptycyzmu wobec sensu „Ksiąg Jakubowych” otwarcie w Poznaniu przez Tokarczuk artykułowanego. Nieprzypadkowo zniechęcenie do tworzenia literatury totalnej pojawia się raptem półtora miesiąca po śmierci Myśliwskiego, „ostatniego epika” — to wyraźne zamknięcie ust wszystkim młodym, którzy chcieliby wypowiadać się szeroką frazą epiki pojemnej, odmówienie im do tego prawa, sabotaż ich przedsięwzięć, wielka powieść ma skończyć się na Myśliwskim i Tokarczuk, bowiem tak autorka „Ksiąg Jakubowych” sobie tego życzy... Niedoczekanie... Nie wspominając tutaj o przykładach pokazujących zaściankowość postulatów Tokarczuk, jej pragnienie dyktatu, dyktatorskiego przystrzygania własnego narodowego ogrodu (jak Kandyd?) — chociażby o „Solenoidzue” Mircei Cartarescu. Tokarczuk spieszę uprzejmie donieść, że tzw. polski ogród należy do wszystkich, tak samo do niej oraz do mnie, także do wielu innych, tych za nami i tych przed nami: to nie ogródek noblistki, to także nie ogródek kobiecy hodowany przeciw mężczyznom, to nie spolegliwa, polityczna prywateria... Czy wkrótce usłyszymy, że powieść jest wynalazkiem mężczyzn, a epika pojemna — wynalazkiem patriarchalnym, zaś literatura totalna — wynalazkiem szowinistycznym? Być może rzeczywistość należałoby podzielić na światy mniejsze i światy większe, więc jeżeli Tokarczuk i jej adepci pragną pozostawać w światach mniejszych, to należy ich tam pozostawić, jak w Azji Mniejszej — przecież nie zamknąć. My jednakże zostajemy w światach większych, tak jak w Azji Większej — i przychodzimy do Azji Mniejszej, od czasu do czasu, ciekawi ich literackich eksperymentów.

Nie jest prawdą, że nie schodzę poniżej poziomu katedr... Z upodobaniem odwiedzałbym także wiejskie kościoły i odwiedzam. Również ze swą paraseksualnością i hiperseksualnością... Powtarzam, takich, jak ja nie dotyka się nawet w rękawiczkach... Literatury, którą pisze, też nie dotyka się nawet w rękawiczkach. Moje żałosne ciało, moje żałosne sumienie, moje żałosne słowa, moja żałosna literatura, którą jeszcze przyjdzie mi stworzyć, moja żałosna religia, którą jeszcze przyjdzie mi ustanowić, ale też moja żałosna polityka, pod którą położę fundamenty, moje żałosne prawo, mój żałosny uniwersytet, moja żałosna nauka o duszy, moje żałosne sumienie z członkiem na wierzchu. Nie wyrywa się ludziom trzewi jedynie po to, by ich potem zostawić z własnym członkiem w ręku — Biblia spisywana członkiem smakuje tak samo jak Biblia spisywana natchnieniem. Jakim natchnieniem oraz czyim natchnieniem można obdarzyć członek? Co Muza ma zrobić z członkiem? Co Bóg powinien zrobić z członkiem? Adorować go? A członek powinien adorować Boga? Właśnie skończyłem oglądać „Pianistkę”.

Bezpieczeństwo zapewniają politycy — „możesz być spokojny, zrobię to za ciebie”, właśnie w ten sposób mogłaby wyglądać pragmatyczna definicja polityki, jeśli pragmatykę uczynić podstawą refleksji definiotwórczej, a z porównywania języków uczynić klucz do rozumienia kultur. Artyści stoją na przeciwległym polu niż politycy, mówią przeciwnie, że: „nikt tego nie zrobi za ciebie, masz obowiązek działać”, czyli twoim obowiązkiem jest „niepokoić się o swoje działanie”, a także — jeżeli będziesz też pisarzem moralnym — „o działanie innych”. Tak też stwierdza Haneke w niedawnym dokumencie o sobie. Świat pozbawiony sztuki i kultury to świat, w którym król jest nagi, a może już wszyscy królowie świata są nadzy — jednakże nikt nie ma woli, ani sił, by to dostrzec, albo co gorsza — jest owładnięty podobną intelektualną chimerą, by niczego nie dostrzegać: nagość okazuje się czymś o wiele bardziej insiderskim niżeli jakiekolwiek okrycie. To już bardzo ważne zastępstwo: hermetyzm zastępuje w XXI wieku insideryzm. Wywoływana hermetyzmem wzniosłość dzisiaj jest w oczach innych — wyłącznie tą insajderską wzniosłością, klubową wzniosłością niemodnych rycerzy wierzących usilnie, że na mocy tradycji posiedli rodzaj złotego biletu do doświadczeń literatury — oraz doświadczeń języka. Tak prawdopodobnie traktuje się mnie w środowisku — jako „klubowicza”, z którym się nie rozmawia, którego dyskwalifikuje bowiem już na starcie samo „autorytarne”, filologiczno-filozoficzne doświadczenie. Właśnie czymś takim jest poemat „Autodafe 1-9”: czymś insiderskim oraz klubowym. Czymś masońskim. Formą literackiego „Opus Dei”: ja właśnie z tych powodów wprowadziłem do tekstu wątki polityczne: Pawła Adamowicza, Andrzeja Leppera, Rafała Trzaskowskiego i wielu innych — ażeby uświadomić, że literatura żyje polityką — na swój własny temat...

© Karol Samsel