Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo
Tomasz Majzel Święty spokój
Karol Samsel Autodafe 9
Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo
Tomasz Majzel Święty spokój
Karol Samsel Autodafe 9
Maria Bigoszewska Gwiezdne zwierzęta
Jan Drzeżdżon Rotardania
Anna Frajlich Pył [wiersze zebrane. tom 3]
Tomasz Hrynacz Corto muso
Jarosław Jakubowski Żywołapka
Wojciech Juzyszyn Efemerofit
Bogusław Kierc Nie ma mowy
Andrzej Kopacki Agrygent
Zbigniew Kosiorowski Nawrót
Kazimierz Kyrcz Jr Punk Ogito na grzybach
Artur Daniel Liskowacki Zimno
Grażyna Obrąpalska Poprawki
Jakub Michał Pawłowski Agrestowe sny
Uta Przyboś Coraz
Gustaw Rajmus Królestwa
Rafał Sienkiewicz Smutny bóg
Karol Samsel Autodafe 8
Karol Samsel Cairo Declaration
Andrzej Wojciechowski Nędza do całowania
Skoro — jak już mówiłem za Holland — międzykulturowość jest formą sieroctwa, a międzyliterackość jest formą sieroctwa „inter pares” (tak to wstępnie zaznaczmy), to warto wprowadzić w krąg tych metafor także Edwarda Kupiszewskiego — w swoim tekście „Głos z literackiego piekła” Kupiszewski używa piorunującej dla mnie metafory bycia przy piersi narodu, bycia odstawionym — od piersi narodu, czy przystawionym, przytulonym do piersi. Wywołuje to we mnie namysł nad współczesnymi pisarkami i pisarzami przy piersi, taką „pisarką przy piersi”, mimo że sama jest matką — jest Eliza — mimo że sama jest matką, powtórzę, sama jest też przy piersi — salonu literackiego, literaturokoniunktury. Bycie poza piersią — czy może oznaczać coś w rodzaju gorączki głodowej, takiej — chociażby, jakiej doświadczał Żeromski? Międzykulturowość — i międzyliterackość, i międzyreligijność, ale jedynie jako forma bycia poza piersią narodu...?
Dlaczego można przyjąć, że jestem hedonistą w antycznym sensie tego słowa...? Hedonizm postrzegam jako swoisty stan humanizmu, lub dla humanizmu stan ludzki lub proludzki, osiągalny dla człowieka, co więcej zaś — preferowany przez niego — również z uwzględnieniem całego wachlarza jego powinności. To stan, w którym przyjemności — w najprostszy często, możliwy sposób — dominują nad przykrościami. To nie jest żadna forma przyjemnościowego kultu — to nie kult sukcesu, czy osiągnięć — hedonizm nie ma niczego wspólnego z triumfalizmem, dlatego uważam, że Eliza Kącka więcej wspólnego posiada z triumfalizmem, niżeli z hedonizmem. Hedonizm to potrzeba zaspokojenia głodu, wystarcza wypełnić się kanapką z masłem, z ogórkiem, by odczuć stan całkowicie hedonistyczny, to dokładnie ten sam stan, jaki towarzyszy wypełnianiu się wyszukanymi potrawami, w ich wypadku szczytowa przyjemność trwała dwie, trzy minuty, dopóki nie wypełnimy żołądka, natomiast część dalsza dokładnie pokrywa się z przyjemnym wrażeniem sytości osiąganym przy pomocy tradycyjnych kanapek. Przykrość problemów trawiennych trwa o wiele dłużej niżeli przyjemność spożywania tego, co wyszukane — dlatego spożywanie kanapki określę formą hedonizmu właśnie, jednocześnie utrzymując, że dobrze zastawiony stół nie posiada niczego wspólnego z hedonizmem. Raczej — jest wyrazem triumfalizmu. Dlatego, uważam właściwie od zawsze w ten sposób, hedonizm dokonale koresponduje z ascetyzmem, a — ascetyzm z hedonizmem... Hedonizm jest częścią jasnej ascezy, czy mógłbym jeszcze tutaj powiedzieć, ascezy typu „well-being”...
Wczoraj podczas warsztatów literackich, pracując nad Barańczakiem i „Tryptykiem z betonu, zmęczenia i śniegu”, dyskutowaliśmy o wyznacznikach cykliczności, dochodząc już ostatecznie do wniosku, że cykl określają te ilościowe, nie jakościowe zespoły kryteriów... Krótko mówiąc, ważne jest to, ile ich jest, nie zaś to — jakie są... Nie ma konkretnych pojęć, które determinowałyby cykliczność, na przykład — konieczna obecność podmiotu cyklu — indywdualny podmiot ponadtekstowy jest niekonieczny, kiedy pojawia się odpowiednio wysoka ilość motywów, tropów, ukierunkowań problematyki układających się w diegezę całości / dla całości. Mam w sobie coś z achajskich chłopów, tak jak Boryna, bardzo wszak homerycki na tle Reymontowskich Lipiec — homerycko-reymontowski, czy reymontowsko-homerycki — ja też taki jestem: określa mnie zodiak achajski, a do pewnego stopnia zodiak Boryny, który z drugiej strony nie określa Elizy. Paście się więc na pastwiskach z moich powieści, ale to wcale nie znaczy, że zdołam być dla was dobrym pasterzem — nie będę tu bratem łatą, tymczasem literacki dobry pasterz tak właśnie mi się kojarzy: z najgorzej, jak myślę, pojętym bratem łatą — sekrety wszelkiej twórczości, twórczość sama w sobie, to nie bractwo łaty: nie jestem duszą towarzystwa, ale... demonem towarzystwa, czy — demonem prześladującym towarzystwo aż do punktu jego ostatecznej anihilacji. Swoją nową powieść pragnąłbym poprowadzić w dobrej futurospekcyjnej konkretyzacji — zacząłbym ją od 2048 roku, od sceny pogrzebu Olgi Tokarczuk w Warszawie.
Eliza Kącka to pisarstwo sejsmograficzne, mało autorefleksyjne — bo sejsmograf jest mało autorefleksyjny, automedytacyjny i mało autotematyczny. Myślę, że książką „Wczoraj byłaś zła na zielono” w większym stopniu zdefiniowała siebie niż córkę, swoje bycie matką, swoją teodyceę macierzyństwa — niżeli stworzyła teodyceę autyzmu... Dla mnie literatura zawsze będzie czymś zupełnie innym, rzemiosłem w sensie starożytnym, w którym tandeta nowożytności uniemożliwia wszelką antyczną i tragiczną konkurencję, odbiera sens — tak człowiekowi, jak i zwierzętom, oddech zaś — dziejom. Na tej samej zasadzie znany z „Ziemi obiecanej” pył bawełniany uniemożliwia wszelką bawełnę, a pył literacki wszelką literaturę. Rozważam cały mój pasjonowany, abnegacyjny ascetyzm oraz związki z optymistycznym mistycyzmem... Myślę, że wynikają z chłopskiego pochodzenia — jestem przywiązany do ubioru, który mam na sobie i niczego więcej, bo przed wprowadzeniem bawełny na ziemie polskie XIX-wieczny chłop polski miał wciąż tylko jedną koszulę na całe życie: właśnie z dziewiętnastego wieku bierze się cały mój hedoascetyzm, hedonizm... Nasłuchuję zaś jako zastępca dyrektora MSD cudzych doświadczeń naukowych, cudzych wywodów, obrazów nauki, poglądów na naukę, retoryki, argumentacji, perswazji częstokroć od bardzo ostrego, klinicznego wręcz zaplecza, a to klinicyzm metanauki, to metaklinicyzm — tak jak Reymont podsłuchiwał pielgrzymów w pielgrzymce do Jasnej Góry w 1893 roku. Także z tego, jak uważam, bierze się cały mój nietypowy względem pozostałych literatów — autotematyzm, raczej upper middle niż middle. Wracając taksówką z Myśliwieckiej na Wyspową, słucham kierowcy (Jan Falkowski — odczytuję z dowodu taksówkarskiego umieszczonego na desce rozdzielczej na wysokości wzroku...) zachwalającego „Tajemnice grawitacji” z 1998 roku — autorstwa Henryka Adamowicza. Grawitacja nie istnieje — podkreśla za Adamowiczem Jan Falkowski — załamuje się na nas ciemna materia wiatru grawitacyjnego i to ona wytwarza — całe, pomylone z grawitacją przez Izaaka Newtona, napięcie... Lewitacja jest możliwa, ale potrzebne jest spełnienie warunku: należy stworzyć parasol zaporowy w formie 2-tonowego walca, który trzeba by wprawić w głębokie i szybkie wirowanie i umieścić w kosmosie — właśnie wówczas możliwe stają się takie doświadczenia, jak wniebowstąpienie Jezusa — i wniebowzięcie Maryi. Myślę o elektromagnetycznej teorii świadomości, o tym, że mózg wskutek aktywności neuronów może być w stanie wytwarzać pole elektromagnetyczne: czy świadomość może być skutkiem zatrzymywania przez nasze mózgi i przez nasze neurony wiatru grawitacyjnej i zawartej w tym wietrze — ciemnej materii?
Nie rozumiem współczesnego sentymentalizmu, takiego na przykład, jak u Dariusza Bitnera, u którego właśnie czytam „Pochowajcie mnie...”, albo „Gdy umrę, pochowajcie mnie...”. Bliski mi jest Kupiszewski, groby to demony, który kiedy ojciec wystawił sobie grobowiec, pisał: „Zdawało mi się, że w jego wnętrzu czai się głód, skręca z bólu”, a także „zdawło mi się, że słyszę tam skowyt tajemnej i przerażającej pustki”. Ale też Kupiszewski zdaje mi się w swoim niezrozumiałym do końca dla mnie lamencie zbyt sentymentalny, tak samo, a pewnie i jeszcze bardziej — niż Bitner. Jeżeli całe życie chcę troszczyć się jedynie o jedną koszulę, jak mogę na swoich współczesnych wymuszać zobowiązanie: „Pochowajcie mnie...”. Nie muszą chować, nie muszą kremować, ale także nie muszą rozsypywać gdzieś dalej na cztery strony świata — można zrobić ze mną wszystko, co się chce: wynieść z domu porzucić ciało gdzieś w lesie, można je nawet wykorzystać, również seksualnie, będzie to również dla mnie w jakiś melancholijny sposób: zrozumiałe (dobro i zło ostatnio we mnie wywołują tylko melancholię, jakiś odruch zrozumienia dla losu i kondycji, momentów we wszystkim także, gdzie nasz los i ich kondycja, na przykład ich libido, a także los nasz — krzyżują się ze sobą: może to być miłość, może to być nienawiść, może to być nekrofilia, pedofilia, może to być także gwałt...). Sentymentalizm jest grzechem, szczególnie już — sentymentalizm kulturowy. Czytam świetny tekst Artura Hellicha o nauczaniu poetyki, wymagającym „dryfowania pomiędzy sprzecznymi dążeniami »poetyki heurystycznej« i »profesjonalnej«”, podsunął mi go Jakub.