Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo
Tomasz Majzel Święty spokój
Karol Samsel Autodafe 9
Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo
Tomasz Majzel Święty spokój
Karol Samsel Autodafe 9
Maria Bigoszewska Gwiezdne zwierzęta
Jan Drzeżdżon Rotardania
Anna Frajlich Pył [wiersze zebrane. tom 3]
Tomasz Hrynacz Corto muso
Jarosław Jakubowski Żywołapka
Wojciech Juzyszyn Efemerofit
Bogusław Kierc Nie ma mowy
Andrzej Kopacki Agrygent
Zbigniew Kosiorowski Nawrót
Kazimierz Kyrcz Jr Punk Ogito na grzybach
Artur Daniel Liskowacki Zimno
Grażyna Obrąpalska Poprawki
Jakub Michał Pawłowski Agrestowe sny
Uta Przyboś Coraz
Gustaw Rajmus Królestwa
Rafał Sienkiewicz Smutny bóg
Karol Samsel Autodafe 8
Karol Samsel Cairo Declaration
Andrzej Wojciechowski Nędza do całowania
W cieniu słońca i katalońskiego modernizmu dyskutujemy na temat utrzymywania wiedzy przy uniwersytecie w dobie AI oraz tego utrzymywania kosztach, które mogą kosztować uniwersytet całą jego romantyczną, więc humboldtowską, de facto, naturę: i to jedno, ale jest jeszcze drugie: nikt inny nie jest w stanie (jeżeli w ogóle ktokolwiek jest) przeprowadzić ludzi przez progi całej syntetycznej wiedzy, cały transcendentalizm wiedzy nowego typu, transcendentalizm więc syntetyzmu, czy z syntetyzmu — ale naukowcy. Czy to wojna światów — ludzi nauki z ludźmi programów — naukowców z programistami? Tutaj — jedna... może najistotniejsza... uwaga. Wynalezienie AI nie tyle przypomina cokolwiek nieprawdopodobnego, więc — wynalezienie jakiegoś koła niemożliwego, ale z pewnością — nasuwać może na myśl wynalezienie metafory, również metafory naukowej. Przypominam więc: tak, jak AI może ulec degeneracji, metafora naukowa może ulec chimeryzacji — i tak samo, jak potrzeba nam seminariów z krytyki degeneratywnego AI, potrzeba nam także — seminariów z krytyki schimeryzowanej metafory naukowej — nazwałbym ją — wręcz — „zdepoetyzowaną”, mówiąc o chimeryzacji metafory naukowej, nie mam bowiem nawet bodajże w najmniejszym stopniu na myśli wyraźnych metafor nieanalitycznych — do nich, raczej, nic nie mam i nic nie mogę mieć — chodzi mi o jaskrawe metafory naukowe, a także metanaukowe, pleniące się, a mimo wszystko postrzegane jako niewidoczne lub w ogóle niepostrzegane.
Metanauka, krótko mówiąc, nie może polegać na tym, że posługując się — niemal całkowicie — językiem zmetaforyzowanym, będziemy krzyczeć, ażeby zakazywać metaforyzmu: to bowiem błędne koło, błędne metakoło, błędne koło metametaforyzmu... Rozmawiam z Pavlosem Dimitrakosem o genetyczności naszych korzeni, mówię mu tu o swojej kurpiowskości, a on mi — o manijskości, wywodzi się bowiem z greckich Manich, peloponeskich oraz lakońskich, z nich wzięła się mania... Myślę o manijskości Kurpiów: zastanawiam się, rozmawiając z nim w barcelońskim AC Victoria Hotel, czy nie jesteśmy „Mani Polaków” w większym nawet stopniu niż lud Podkarpacia? Na Linkedinie znajduję zdjęcie Pavlosa, pracuje pośród brukselskich akademików, jednak związany jest także z kentowskim paradygmatem nauki i Uniwersytetem w Kent. Mówi mi o sobie oraz swoim bracie, Petrosie — to on miał być bezpośrednim spadkobiercą (nazwijmy to może) religii rodzinnych, w tym szczególnie kultywowanej wśród Manich — rodzinnej „religii zemsty”, oglądam profil Petrosa na Linkedinie — pracuje w Instytucie Edukacji Technologicznej w Pireusie, czy odziedziczył po Dimitrakosach mściwość i wykorzystuje ją po freudowsku głęboko w tworzeniu technologicznych struktur sprawiedliwości, ale także i — płynności sprawiedliwości w Grecji? Pavlos wydaje mi się zapatrzony w Petrosa, zaś jego belgijska współpraca z EDAMBĄ przypomina symboliczne przedłużenie „na Europę” autogreckiej tradycji Manich: wiem, o czym mówię, skoro przedłużam „na Europę” autopolską — bądź samopolską tradycję Kurpiów — nie ma zresztą ludu bardziej zorientowanego na polskość — przy równoczesnym sprzeciwie wobec polaczkowości niż Kurp. Pavlos nie jest greczkowy, podobnie jak Pavlos nie ma nic wspólnego z greczkowością, ja nie mam nic wspólnego z polaczkowością, z deminutywami i hipokorystykami, w rodzaju „troszeczkę”, „odrobinkę”, „mleczka”, „kiełbaski”, „jajeczka”. Czułem to właściwie już od wyjścia z samolotu — w Warszawie przed północą 10 stycznia, kiedy tylko usłyszałem ten polski obraz świata — w języku, zatęskniłem za mową, której nie rozumiałem, hiszpańskim, który zdawał mi się — i mistyczny, i jednoczący, właśnie dlatego, że wszystkie nieczyste operacje na języku — były zupełnie przede mną ukryte — z racji braku jakiejkolwiek akwizycji — miałem tylko czysty językowy obraz świata, który modelowałem, tak jak sobie życzyłem, wchodząc do jednej, drugiej, trzeciej parafii w drodze do Esade, gdzie odbywało się konsorcjum, przyjmowałem język w dawkach, które sam sobie ustalałem — w formie czystej, transcendentalnej, a także autotranscendentalnej, lub metatranscendentalnej, więc: „Cristiandad” (Chrześcijaństwo), „Lucas. El evangelista de los invisibles” (może ja także mógłbym się określić jako twórca „ewangelistą niewidzialnych”), „Modalitats de columbari” (w drodze do Esade odwiedzam kolumbarium Świętej Marii na Montserracie).
W tym wszystkim więc nie byłem zagrożony chimerami, poza chimerami własnego umysłu, uzmysłowiłem sobie, innymi słowy, że jestem miłośnikiem ciszy w języku, a być może nawet kimś więcej niż tylko admiratorem, ale mistrzem ciszy w języku, i tym się różnię, zresztą, od zwykłych mnichów, czym oni różnią się ode mnie, gdy przychodzi do porównywania ciszy w świecie z ciszą w języku. Jestem od tej drugiej, będę od tej drugiej, jednocześnie nie zawsze byłem od tej drugiej: musiałem zrozumieć swoje niezrozumienie: może więc „Prima” to moja „carta dominical”, taka „carta”, której nie można i nie należy zrozumieć, bo na tej samej zasadzie diecezja nie rozumie archidiecezji — „Prima” więc jako archiliteratura, której nie rozumie literatura, „arxidiocesana-arxiliteraria” bez szans — na wszystkie diecezjalne konkursy, „diócesis literaria”?