Książki z 2021

Andrzej Ballo Albowiem

Alina Biernacka Kiedyś, jednak. Wiersze wybrane (1977-2020)

Maria Bigoszewska Złodziejska kieszeń

Jarosław Błahy Zaklęty w szerszenim gnieździe

Nicolas Bouvier Na zewnątrz i wewnątrz

Roman Chojnacki Pasterz słoneczników

Roman Ciepliński Życie zastępcze

Wojciech Czaplewski Książeczka wyjścia

Marek Czuku Róbta, co chceta

Adrian Gleń M [małe prozy]

Małgorzata Gwiazda-Elmerych Zapojutrze

Tomasz Hrynacz Emotywny zip

Tomasz Hrynacz Pies gończy

Jarosław Jakubowski Bardzo długa zima

Jarosław Jakubowski Ciemna Dolina

Lech M. Jakób Ćwiczenia z nieobecności

Zbigniew Kosiorowski Zapodziani

Kazimierz Kyrcz Jr Punk Ogito

Bogusława Latawiec Nieoznakowany szlak

Ryszard Lenc W cieniu Golgoty

Artur Daniel Liskowacki Cukiernica pani Kirsch (wydanie 2)

Artur Daniel Liskowacki Eine kleine (wydanie 4)

Artur Daniel Liskowacki, Bogdan Twardochleb Przybysze i przestrzenie. Szkice o pisarzach szczecińskich

Joanna Matlachowska-Pala Bezpowrotne

Piotr Michałowski Dzień jest wierszem, świat kolorem

Dariusz Muszer Dzieci krótszej nogi Syzyfa

Marek Pacukiewicz Wieki średnie

Małgorzata Południak Podróżowanie w przestrzeni

Karol Samsel Autodafe 4

Grzegorz Strumyk Wyjście

Michał Trusewicz Przednówki
 

PISMO SZYBKIE, Planeta ludzi

2016-02-14 18:42

Znalazłam zapisek z 2010 roku o ostatnim widzeniu telewizji:

Zaczyna się od widoku świętych gór. W Indiach ludzie i białe święte krowy próbują znaleźć coś do jedzenia na śmietnisku. Pasma skał są podłużnie prążkowane tak równo i delikatnie, jakby były wodą. Malunek naskalny przedstawia ludzki kształt. Pokazana jest aborygeńska twarz, aztecka twarz, tybetańska twarz. Nakładana na twarze biel i żółć. Czarne kobiety o siwych głowach i przekłutych uszach nanizują koraliki. Całe plemię, odświętnie ozdobione, idzie, czują rytm. Ceremonie są zawsze ku jakiejś czci. Mężczyźni, kobiety, księżyc, słońce. Okrzyki, kroki, stroje. Oni wiedzą, co to wszystko znaczy, my już nie. Widzę wodospad w górach, miejsce mego wymarzonego azylu, które opisywałam albo miałam zamiar już dawno opisywać. Ogromna woda przemienia się w mgłę, ale przez dziurę w skale błękit widać w nieskończoność. Na ziemi drzewo oliwne wyrzeźbione przez czas.  I znowu co innego, bo film pokazuje to, co się równocześnie dzieje na całej Ziemi. Burza nad dżunglą. Nie, to drzewa idą pod nóż. Uciekają po podłużnych liściach ogromne żuki, a drzewo wali się ścięte piłą mechaniczną. Patrzy na to przerażonym wzrokiem Indianin w tęczowej ozdobie głowy. Niech was diabli, mówi inny wzrok. Leśna dzikuska patrzy spomiędzy gałęzi, boi się. Z szarych gór schodzi się do slumsowego miasta. Miliony ludzi w domach  ze starych desek, tekturowych pudeł. Słychać południowoamerykańską muzykę fletową. Na ulicy brudne dzieci, psy, ale gdy następuje przeskok filmowy do blokowisk, to już nie są Inni tylko my, wiele pięter w górę. Krążą nad nami samoloty. Kobiety w fabryce, przy taśmie, przez ileś godzin dziennie wykonują trzy albo cztery ruchy, pociągnąć za dźwigienkę, przylepić, przyciąć, produkują niezbędne ludziom papierosy. Biznesmeni stoją przez chwilę pod szarym gmachem. Wieje wiatr. Zmęczenie, garnitury, teczki, idzie noc. Jest na to rada, kapsułowe hotele japońskie. Inni, wytatuowani w kolorowe mandaryńskie postacie i gniewne bóstwa wychodzą tymczasem z łaźni chińskich. Znowu gdzie indziej, tam, gdzie dzieci indiańskie wyglądają zza puszczowych drzew. Potem nasze, europejskie miasto oglądane jest z lotu ptaka. Widać niedużo: mury, szkło, mikroby ludzi, owady samochodów błąkające się po ulicach.

© Marta Zelwan