5 lutego 1985
Strażnicy z pistoletami stawiają pod mur, na mrozie, grupę internowanych ludzi. Niektórzy, w cienkich pasiakach, umierają w nocy, inni rozstrzeliwani są o świcie, wybranym zezwala się na ucieczkę, aby móc ich ścigać. Dla wielu to za późno. Wspinają się na mury, aby runąć z wysokości albo kładą się płasko na ziemi, aby zamarznąć na kość. Chcę jednak spróbować. Wziąć zawiniątko i uciekać. Może to prawda z tą wolnością. Zanim wychodzę, wietnamski uchodźca prosi mnie o papier do pisania, daję mu papier milimetrowy na drobne pismo małymi literami. W kieszeni wyczuwam nieprzeczytany list.
© Marta Zelwan