Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo
Tomasz Majzel Święty spokój
Karol Samsel Autodafe 9
Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo
Tomasz Majzel Święty spokój
Karol Samsel Autodafe 9
Maria Bigoszewska Gwiezdne zwierzęta
Jan Drzeżdżon Rotardania
Anna Frajlich Pył [wiersze zebrane. tom 3]
Tomasz Hrynacz Corto muso
Jarosław Jakubowski Żywołapka
Wojciech Juzyszyn Efemerofit
Bogusław Kierc Nie ma mowy
Andrzej Kopacki Agrygent
Zbigniew Kosiorowski Nawrót
Kazimierz Kyrcz Jr Punk Ogito na grzybach
Artur Daniel Liskowacki Zimno
Grażyna Obrąpalska Poprawki
Jakub Michał Pawłowski Agrestowe sny
Uta Przyboś Coraz
Gustaw Rajmus Królestwa
Rafał Sienkiewicz Smutny bóg
Karol Samsel Autodafe 8
Karol Samsel Cairo Declaration
Andrzej Wojciechowski Nędza do całowania
W 1987 zobaczyłam ją na dworcu we Wrocławiu. Wyglądała jak przestraszone zwierzątko. Bez składu i ładu wymachiwała rękami. Ręce miała małe i delikatne. Wyglądały na zrozpaczone. Jakby staczały bój z powietrzem wokół. Było w tym coś przerażającego i budzącego jakiś nieziemski lęk. Niby była, a jakby pozostawała w jakimś złowieszczym gdzie indziej. Milczała, słowami były jej gesty, jakby język stamtąd posługiwał się jedynie gestami. Nie przystawała nie tylko do rzeczywistości, ale do bycia człowiekiem. Była jakaś inna, innością, którą trudno opisać. Kaleka, zraniona, przetrącona. Przerażająco jawna i obnażona w swoim niedopasowaniu i odmienności. Tak stała się postacią z mojego wiersza „Świętej-nieznajomej w kawiarni dworca we Wrocławiu 16 grudnia 1987, to była środa” z tomiku „Hazard” (1995). Wtedy codziennie bywałam w kawiarni na dworcu. Byłam jeszcze studentką i codziennie wracałam z ćwiczeń na fortepianie. Na dworcu relaksowałam się. Lubiłam to miejsce. Brudny, zawszony, komunistyczny dworzec. Bez cienia kolorów. Sprawiał wrażenie jakby był na usługach panującej wówczas ideologii. Ale dla mnie był królestwem. Zanurzona w dźwiękach Chopina, Bacha, Mozarta, Beethovena, Debussego na dworcu odnajdywałam to, co było jak dysonans, jak aleatoryzm, jak odreagowanie przykładnego systemu dur-moll. Ten skrajny świat fascynował mnie. Nigdzie potem nie spotykałam tylu przeinaczonych ludzi. Wyrzuconych na margines życia i społeczeństwa. Wtedy dworzec był domem dla bezdomnych. Zbierali się bezdomni by przetrwać do następnego dnia. Bezdomni, złodzieje, prostytutki. Wszystkich spotykałam jak postacie z jakiegoś teatru. Po wielogodzinnym obcowaniu z muzyką było to jak powrót do prawdziwego życia. Godziny spędzane w dworcowej kawiarni i pojawiające się postacie karkołomnie walczących o swoje prawo do bycia. A być wtedy znaczyło odważyć się na jeden wyartykułowany gest. Na długo zaistniała ta dziewczyna we mnie. Często wracałam do niej myślami. Skąd się pojawiła? Jak miała na imię? Dlaczego tak rozpaczliwie borykała się z otoczeniem. Jej twarz była przezroczysta. Delikatne rysy twarzy jakby ktoś na cienkim, prześwitującym papierze nakreślił ołówkiem oczy, rzęsy, brwi, usta. Ta kartka była nieustannie przy mnie. Kilka lat później przyszła potrzeba opisania tego zdarzenia. Byłam już gdzie indziej. Byłam już innym człowiekiem. I dworzec już był inny.
© Ewa Sonnenberg