nowości 2026

Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo

Maria Jentys-Borelowska Moja Eliza

Konrad Liskowacki Pomurnik

Tomasz Majzel Święty spokój

Anna Maria Mickiewicz Po Sokratesie. Wiersze nie tylko filozoficzne

Gustaw Rajmus Angst

Karol Samsel Autodafe 9

książki z 2025

Maria Bigoszewska Gwiezdne zwierzęta

Jan Drzeżdżon Rotardania

Anna Frajlich Pył [wiersze zebrane. tom 3]

Tomasz Hrynacz Corto muso

Jarosław Jakubowski Żywołapka

Wojciech Juzyszyn Efemerofit

Bogusław Kierc Nie ma mowy

Andrzej Kopacki Agrygent

Zbigniew Kosiorowski Nawrót

Kazimierz Kyrcz Jr Punk Ogito na grzybach

Artur Daniel Liskowacki Zimno

Grażyna Obrąpalska Poprawki

Jakub Michał Pawłowski Agrestowe sny

Uta Przyboś Coraz

Gustaw Rajmus Królestwa

Rafał Sienkiewicz Smutny bóg

Karol Samsel Autodafe 8

Karol Samsel Cairo Declaration

Andrzej Wojciechowski Nędza do całowania

PONIEWCZASIE. Hołuj Tadeusz

2015-12-27 15:20

HOŁUJ TADEUSZ (1916-1985). Nie garnę się do wierszy wojennych, okupacyjnych i obozowych. Nie garnę się zwłaszcza do wierszy partyjnych, na szczęście nielicznych. Interesuje mnie dziś wyłącznie „śmierć szpaczka”, którą Tadeusz Hołuj zarejestrował w „Pustelni czorsztyńskiej” z 1952 roku:

Znalazłem szpaczka, wziąłem go w dłonie,
pulsowały jego sercem.
Chciałem go chować, nie z litości,
ale dlatego, bo tak trzeba człowiekowi.
Ale nie mogłem czy nie umiałem
nałowić tylu glist.
Była posucha, pękała ziemia
i robaki skryły się pod gorącą powierzchnię.
Chciałem go karmić moim jedzeniem,
chociaż go było mało,
ale mi pomarł, nie wiem czemu,
chyba nie z żalu nade mną. (...)

Pomijam zbędne strofy. „Pustelnia czorsztyńska” wydaje mi się nieco przegadana (na ogół nie dostrzegamy w poezji własnego przegadania), zatrzymajmy się wszakże przy jeleniach:

Wieczorem przyjdą znowu jelenie,
wędrujące nad dunaj,
zawyje suka, nie uciekną,
one wiedzą, że nie wolno ich teraz zabijać.
Między człowiekiem a zwierzętami
jest już porozumienie,
lecz między ludźmi jest sfera śmierci,
która zabija to, co ludzkie.

Nie dam się zabić, w samotnym domu
ja wygrywam, nie oni.
Stąd lepiej słychać czas i przestrzeń,
ale i to, co trzeba człowiekowi.

Powinienem skupić się na tekstach oświęcimskich („Przybycie Cyganów”, „Przeciw otchłani”, „Wiem, zdechnąć mogę”, „Patrząc na rozstrzelanie przyjaciela”), przepraszam więc za uchybienia i ograniczenia, ale tak jest i tak będzie z lekturą książki poetyckiej. Wybieramy coś, by z czegoś zrezygnować („Wiem, zdechnąć mogę i za nóżki / powloką trupka do piwniczki, / w papier otulą, na wóz wrzucą / paczuszkę lat w ciało zawitych”).
Nie ignorujmy dawnych i niedawnych poetów. Atrakcyjnych i nieatrakcyjnych. Uwikłanych i nieuwikłanych. Osobnych i wsobnych. Poezja polska zasługuje na to, ażeby czytać owych Łapszyńskich i Zaścińskich bez względu na wzgląd.
Ja tam nie narzekam. Jednym razem wypatrzę w czyimś wierszu „kurewskie dyguły”, drugim razem natomiast załapię się na „dziurdzioły”. O „dziurdziołach”, jak i o „kurewskich dygułach” zechcę napisać, ale ździebko później.

Tadeusz Hołuj: „Wiersze”. Wydawnictwo Literackie, Kraków 1960, s. 111

[9 XI 2015]
© Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki