KUKIEŁŁO MIECZYSŁAW. Podolanin Władysław Traczuk poznał Kukiełłę w stanisławowskim więzieniu. To niezwykła postać, jeden z tych bohaterskich Polaków (łagierników), których powinno się wprowadzić do poezji: „z nożem w ręku wymusił na lekarzu w łagrze rosyjskim wysłanie Władka Traczuka do szpitala, gdy dogorywał na pryczy w szałasie w jesieni 1940 r.”.
Ale wróćmy do uwięzionych w Stanisławowie: „Tutaj Władek spotkał kolegów szkolnych Stasia Tomaszewskiego (lat 18) i Ludwika Sówkę (lat 20). Zaopiekował się nimi inżynier Kukiełło, który przed wojną budował Gdynię. (...) Swoim pupilom od czasu do czasu dawał część własnej porcji chleba. Z Marianem Mrugalskim, współtowarzyszem przy przekraczaniu granicy, Władek stracił kontakt, przerzucono go bowiem w inne miejsce” (XII 1939).
Mrugalski, Sówka, Tomaszewski. Notuję nazwiska kołomyjskich i stanisławowskich więźniów, którzy najprawdopodobniej znaleźli się w łagrach. Pozostańmy przy relacji Władysława Traczuka: „Jechali (...) cztery tygodnie w północnym kierunku, aż do Kotłasu. Był tam obóz tranzytowy, gdzie więźniowie czekali na swoją kolejkę. (...) Polacy trzymali się razem. Razem chodzili do latryn i spali z brzozowymi pałami. W nocy w latrynach wyprawiały się dantejskie sceny. Zorganizowana banda rosyjskich opryszków urządzała tu specjalne zasadzki na rumuńskich Żydów, gdyż oni posiadali ciepłe futra i dobre ubrania, a nie umieli się bronić. Zabierali im odzież, a nagie ofiary wrzucali do dołów latrynowych, gdzie tonęli i nikt już o nich nie wiedział. Do tych latryn bali się chodzić nawet strełki — dozorcy, chociaż byli uzbrojeni w karabiny” (Kotłas, zima 1940).
Z antykwariatu przyniosłem tom wierszy Andrzeja Wolicy. Dawno temu. I zapomniałem o Wolicy. To moje nieszczęście, ciepnę każdą książkę poetycką dla opowieści o Traczuku. Albo dla opowieści o sybirakach Załęckich, deportowanych do pietropawłowskiej obłasti (13 IV 1940).
[12 V 2026]
© Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki