Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo
Tomasz Majzel Święty spokój
Karol Samsel Autodafe 9
Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo
Tomasz Majzel Święty spokój
Karol Samsel Autodafe 9
Maria Bigoszewska Gwiezdne zwierzęta
Jan Drzeżdżon Rotardania
Anna Frajlich Pył [wiersze zebrane. tom 3]
Tomasz Hrynacz Corto muso
Jarosław Jakubowski Żywołapka
Wojciech Juzyszyn Efemerofit
Bogusław Kierc Nie ma mowy
Andrzej Kopacki Agrygent
Zbigniew Kosiorowski Nawrót
Kazimierz Kyrcz Jr Punk Ogito na grzybach
Artur Daniel Liskowacki Zimno
Grażyna Obrąpalska Poprawki
Jakub Michał Pawłowski Agrestowe sny
Uta Przyboś Coraz
Gustaw Rajmus Królestwa
Rafał Sienkiewicz Smutny bóg
Karol Samsel Autodafe 8
Karol Samsel Cairo Declaration
Andrzej Wojciechowski Nędza do całowania
26 września 2016, 5
Piąta godzina jazdy. Ciemno. Pociąg pustoszejący. Odrętwienie moich kawałków resztkowych mózgu. Patrzący w oddal, słuchający, dalekujący poza Toruń. Myślący o tym, co będzie po wysiadającym mnie.
Lublinem idę nocnym. Nie znam, więc pytam jak dojść, choć mógłbym być idący z google maps. Od razu po wyjściu z dworca idę naprzeciw, bo światełka katedry migoczą. Nie wiem dlaczego mi przychodzi myśl o katedrze lublińskiej. Coś jednak świecące jest dalej i wyżej. Wałęsający się jestem po cichu w Lublinie. Najpierw zagaduję dwie kobiety o kierunek na rynek lubliński i mnie od razu pod boki biorą i do serca swojego kładą. Mówię, że w Lublinie jestem po raz pierwszy naprawdę, bo wcześniej jakoś tak przelotnie. Drogę mi od serca wyznaczają i dwa razy powtarzają. Prosto, w prawo, w lewo na mostku kierując się na katedrę. A więc stojąca katedra jest. Potem dwoje biednych ludzi pytam o drogę wiedzący, że dobrze maszeruję. I widząca mnie kobieta, że ja z walizą w garści zamiast kółkami sobie ulżyć, mówiąca do mnie jak do syna: A nie da się jej ciągnąć? I mnie to mocno ujęło, że lublinianka mnie chciała ulżyć w mym targaniu walizy. Poszedłem ku wzgórzom trudzący się. Katedra. Telefon brzęczący w kieszeni. Z hotelu o mnie się niepokojący męski głos. Mówię jak i co.
Wchodzący jestem przez jedną z bram na ryneczek. Grodzka chyba. I tu mnie ciasność przychwyciła domowa, jakiś kazimierski klimat, jakaś ogromna bliskość toczących się tu spraw. Idący w tę familijną ciasnotę. Trybunał sławny okrążam raz i biorący jestem za drugie kółko. Dostrzegający jestem moje chwilowe lokum. Kamienica cienka, lekko grubiejąca jak do środka jestem rozglądający się. Poznający po głosie obsługującego młodego mężczyznę dającego mi krótką obsługę. Tu się wchodzi na korytarzyk, windą na III piętro, tu karta, tu hasło do Wi-Fi, śniadanie od do. Niesłuchający jednak jestem i wszystko mi zaraz się uplątało. Zrobiło jak węzeł.
Po wrzuceniu walizy do numeru idący jestem.
© Maciej Wróblewski