Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo
Tomasz Majzel Święty spokój
Karol Samsel Autodafe 9
Kazimierz Brakoniecki Ostre Bardo
Tomasz Majzel Święty spokój
Karol Samsel Autodafe 9
Maria Bigoszewska Gwiezdne zwierzęta
Jan Drzeżdżon Rotardania
Anna Frajlich Pył [wiersze zebrane. tom 3]
Tomasz Hrynacz Corto muso
Jarosław Jakubowski Żywołapka
Wojciech Juzyszyn Efemerofit
Bogusław Kierc Nie ma mowy
Andrzej Kopacki Agrygent
Zbigniew Kosiorowski Nawrót
Kazimierz Kyrcz Jr Punk Ogito na grzybach
Artur Daniel Liskowacki Zimno
Grażyna Obrąpalska Poprawki
Jakub Michał Pawłowski Agrestowe sny
Uta Przyboś Coraz
Gustaw Rajmus Królestwa
Rafał Sienkiewicz Smutny bóg
Karol Samsel Autodafe 8
Karol Samsel Cairo Declaration
Andrzej Wojciechowski Nędza do całowania
Ależ nie wierzę w Norwidowskie „odpomnienie” po latach… Uważam, że los pisarstwa hermetycznego został przesądzony już na samym początku, u źródeł jego drogi cywilizacyjnej. Co bowiem stało się z egipskim pismem Tota czy Hermesa? Niepojęty dla innych ludów, w końcu stał się niezrozumiały także dla rodowitych Egipcjan. Z tym bezwzględnie należy się pogodzić. Zamiast zawierzać utopii „późnego wnuka”, przyjąć, że reprezentuje się język zaniku. Jako taki, stanie się on oczywiście przedmiotem fascynacji, jednak tylko - archeologów-szaleńców, zafascynowanych utopią Kontaktu – z cywilizacjami, tą samą utopią, którą Lem odzwierciedlił w planie metafizycznym w Głosie Pana.
Myślenie podobnego rodzaju jest bardzo orzeźwiające. Dopiero ono przywraca naszym wysiłkom właściwy, tragiczny ciężar. Jest coś eurypidesowskiego, dramatycznie odkrywczego w pracy hermetycznej, z której opadają zasłony złudnych nadziei, rojeń co do przyszłego zrozumienia. Uświadomienie sobie, że żądanie wyrozumiałości od „późnego wnuka” jest równie odległe, co oczekiwanie empatii u obcych cywilizacji, to od początku do końca procedura rozumowa – wyzwalające odkrycie rozumu, nie serca. Doświadczenie podobnego rodzaju można by również nazwać alienacją pojęcia człowieka. Alienacją, bo we wskazanym pojęciu przestajemy w końcu magazynować depozyt naszych wiar i nadziei, ustajemy też w powierzaniu temu pojęciu naszych oczekiwań i roszczeń.
Zasłona Mai rozdziera się na naszych oczach, a my z siedlisk obywatelskich europejskich państw oraz stolic, miraży zrozumienia, infrastruktury pamięci o nas – wędrujemy na pustynię Mai, odludzie prawdy o naszej twórczości. Przypominamy Jerzego z Na srebrnym globie, ojca całej rasy umierającego w całkowitej samotności kosmicznej: w filmie Żuławskiego jego rolę odgrywał Jerzy Trela. Nic nie ma prawa podobnej kondycji zmienić. Żuławski dobrze to przypadkowe wybraństwo i rozdzierającą wybrańczą samotność uchwytuje. I gdyby Jerzy z Na srebrnym globie mógłby być bogiem albo świętym, byłby patronem wszystkich hermetystów rozumiejących swój los: do ostatniej jego karty, najdalszej (najstarszej?) wypiski.
Z drugiej strony należy bezwzględnie pamiętać, jak nieludzko silna w kulturze pozostaje po dziś dzień utopia „późnego wnuka”. Nawet ktoś tak błyskotliwy, jak Lem, łowca utopii, ich demaskator i inkwizytor, był w stanie bez jakichkolwiek podejrzeń zawierzyć przyjemnej iluzji, kiedy pisał: „Czas tylko on jeden umie być najwyższym trybunałem, odczynnikiem, który niczym kwas królewski potrafi kruszec prawdziwy, oporny na przemijanie, oddzielić od wietrzejącej pozłoty”. A nowa, trudna wiara? To wiara, która nakazuje brutalne przebudzenie: nie będzie ani kwasu królewskiego, ani wietrzejącej pozłoty. Na srebrnym globie „późni wnukowie” przychodzą na świat martwi, a więc całkowicie bezużyteczni.